sobota, 7 listopada 2009

drugie śniadanie

Bardzo dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że oglądanie tvn24 to jest obciach wielowymiarowy, bo to tabloid nad tabloidami, po prostu tabloidissimus. A jednak jest taki jeden program tamże, który staram się zaliczyć, o ile nie zapomnę lub nie przysnę. To „Drugie śniadanie mistrzów”. I to tylko ze względu na Zbigniewa Hołdysa, o ile się tam pojawi. Właściwie nie zdarzyło się, żebym nie zgodziła się z wypowiadanymi przez niego opiniami, obojętnie, czy dotyczą sprawy Polańskiego, wyborów prezydenckich, czy okręgów jednomandatowych, jako niespełnionej obietnicy wyborczej PO.
Hołdys to człowiek inteligentny, dodatkowo mądry, co nie zawsze idzie w parze, sprawnie się wysławiający i jako chyba jedyny je w trakcie tego śniadania, co ja wysoko cenię, jako wyższą formę zachowania się przy zastawionym stole. Formą niższą zachowania jest bowiem pieprzenie bez sensu, co niestety zdarza się przy stole często i to nie tylko przy tym. Choć akurat nie dziś, trzeba oddać sprawiedliwość.
W dzisiejszej edycji poza grypą i koszulkami z Che wywołano temat symboli religijnych w państwowych, deklaratywnie świeckich instytucjach, jako pokłosie niedawnego wyroku ETPC w sprawie włoskiej.
Spodziewałam się, że biesiadnicy zezwolą Hołdysowi na dokończenie jego myśli, ale tak się nie stało, choć mniemam, iż zgaduję trop, jakim idą poglądy ZH.
Na marginesie, w olsztyńskim ZUS nad wejściem wisi marny krzyż, tak marny jak miłosierdzie ZUS i bardzo mi się to nie podoba. Ale ja jestem głęboko niewierząca w odróżnieniu od Marcina Mellera, który jest tylko niewierzący. Różnica jest najwyraźniej zasadnicza.
Ta sprawa z Che też mnie mocno zastanowiła, bo zdaje się, że niewiele o nim wiem, poza tym, że lewak, że go zabili, i że „Kroniki motocyklowe”. A to podobno przede wszystkim zły człowiek był. Edukacja, tak edukacja przede wszystkim.
A skoro już rozmawiano tam o kandydatach na prezydenta, to przypomniałam sobie, że mam taki fragmencik z dość znanego filmu dokumentalnego. W całości filmu ten fragmencik jakoś ginie. A wyizolowany nabiera nowej mocy.

video

czwartek, 5 listopada 2009

laska w rosole


Zaproszono mnie ostatnio na urodzinowy kinderbal. Prawdę mówiąc dowodzi to dobitnie mojej klęski osobistej, bo wystosowanie takiego zaproszenia musi oznaczać, że jestem całkowicie niewiarygodna i nieprzekonująca w swych deklaracjach, kiedy głoszę, że nie znoszę bachorów, bo to zakała świata i tak dalej, każdy przecież wie dokładnie o co chodzi, tylko mało kto się przyznaje. Wyszło na to, że ze mnie papierowy potwór, a jest to ostatnia rzecz, którą chciałabym osiągnąć w kwestii własnego wizerunku.
Zakładam, że z tym zaproszeniem nie chodziło  jednak o pozyskanie tą drogą ostatniego odcinka jakiegoś tam Scooby Doo, pod tytułem „Strachy i patałachy”, przy wkładzie własnym w postaci kawałka toru czekoladowego Royal. Aż tak mocno nie zwątpiłam jeszcze w serce człowieka, ale już jestem blisko.
Z tym tytułem „Strachy i patałachy” to jest osobna historia, bo pani z empiku nie znała słowa „patałachy”, nie mogła go wymówić i zapamiętać, wobec czego źle nam się rozmawiało przez telefon w temacie, czy już jest ta płyta, czy jeszcze nie i rozmowa nasza, jako żywo przypominała fascynującą grę towarzyską „głuchy telefon z pomidorem”. Ale tak już będzie, że pewne słowa wyjdą z mody i ulegną zapomnieniu. Swoją drogą ciekawe, jak teraz nauczyciele strofują swoich nieznośnych uczniów, bo że mają za co, o tym za chwilę.
Otóż na przyjęciu owym była liczna kadra nauczycielska, w tym anglistyczna. Kadra, którą mam na myśli jest sporo przed trzydziestką i naucza w gimnazjum. To jednak powinno być zabronione ze względów zasadniczych, czyli z powodu braku naturalnego dystansu pomiędzy dziecinnymi jeszcze dwudziestoparoletnimi nauczycielami i nadmiernie rozwiniętymi smarkami w wieku około 14 lat. Kadra owa, płci żeńskiej opowiada mi taką oto uroczą dykteryjkę. Ubrała się ona, ta kadra  w spódniczkę mini i spacerując po szkolnym korytarzu wychwytuje młodym uchem komentarze uczniów. A wśród nich i taki: „żebyś mi tak jeszcze laskę zrobiła”. Pomijam już nie całkiem dla mnie jasny stosunek kadry to tego wybryku.
Ale co się stało z tymi bachorami, dalibóg nie wiem. Gdzież te czasy, kiedy niesforny uczeń nadawał nauczycielowi przezwisko Rosół, gdy ten kazał sobie patrzeć prosto w oczy. (Przypomniało mi się to w związku z promocją ostatniej książki o Mikołajku, a książki te ja również czytywałam i bardzo doceniałam ich inteligentny i nieagresywny dowcip.)
Co więc się stało? Czy to rewolucja seksualna, czy to hormony w kurczakach, relatywizm moralny, czy transformacja ustrojowa, urynkowienie seksu, czy po prostu pękły wszystkie granice wraz z błonami komórkowymi i cała ta cytoplazma wylała się na zewnątrz w postaci jednego ociekającego czymś tam gluta?

środa, 4 listopada 2009

z niewłaściwych powodów


Opowiadanie z życia wzięte, coś jak serial "M jak miłość",  na razie jeszcze w mojej głowie.

wtorek, 3 listopada 2009

giganting the gnome


Wielokrotnie, z zerową kokieterią, przyznawałam, że jestem człowiekiem złym. Złym, czyli nie jestem człowiekiem dobrym. Złym, bo to większa frajda i szersze granice. Złym, bo to większa wolność. Złym, bo to większa odpowiedzialność za swoje czyny, także karna, że nie wspomnę o jakiejś tam imponderabilnej pasmanterii moralnej. Mówię, że jestem człowiekiem złym, bo mam poczucie własnej wartości, także tam, gdzie jest ona niska lub żadna. Już dawno poznała się na tym H2 i często mi o tym przypomina. To, że akurat nie udało mi się wyrządzić wiele zła innym, to skutek niskiej skuteczności, a nie braku zamiarów. Czy wręcz złych zamiarów. Człowiek zły i nieskuteczny, jest zły podwójnie, tak jak złem samym w sobie jest właśnie nieskuteczność.
Z obserwacji i z autopsji wiem, że jedną z największych przyjemności człowieka złego, a już w szczególności człowieka złego i nieskutecznego w swoim złu ( ?) jest przyglądanie się upadkowi innego człowieka, czyli na przykład bliźniego swego. Nie utrudziłam się, a źle się stało.
Poza tym jestem fizjonomistką. Na marginesie, Word uznaje istnienie słowa „fizjonomista”, ale nie uznaje istnienia słowa „fizjonomistka”. Word jest seksistowską świnią. Jako fizjonomistka wiem, że Chlebowski jest gnomem. Wiem to od zawsze.
Tak więc obserwuję upadek Chlebowskiego. Człowieka nieskutecznego. Kiedy czytam, jak mówi o sobie „Zbyszek, ty głupku, dwoma zdaniami zmarnowałeś swoją gigantyczną karierę…” i gdzieindziej, że miał ogromną władzę, to drżę z przestrachem i pytam jednocześnie. A kto mu ją, tę władzę, tyle tej władzy dał? Kto zezwolił na karierę temu gnomowi? Kto uczynił z gnoma takiego giganta?
My? Ja? Wy? No, kto?

poniedziałek, 2 listopada 2009

Restauracja



Jak donoszą plotkarskie media Izabel Marcinkiewicz truchta po Wenecji ze swym częściowo świeżutkim, choć całkiem płodnym mężem. Kaz zabrał ją nawet na makaron do restauracji w Wenecji. Restauracja jest fotogeniczna, jak widać na moim zdjęciu, ale średniej klasy. Wiem, bo i ja w niej jadałam. Piękne boazerie z płycinami z włoskiego orzecha, ample z weneckiego szkła, tam to w końcu wyrób lokalny, ale żarcie takie sobie no i ceny niezbyt wysokie, skoro mogliśmy sobie na to z Konstancinem wielokrotnie pozwolić, a Konstancin nie jest jakoś szczegółnie szastalski.Skąd wnoszę, że Kaz jest kutwą z Gorzowa, a nie bankierem z Londona.


Ubolewam, że nie poił jej kawą w Cafe Florian, też mogłabym to całkiem nieźle zilustrować dokumentacją własną.

niedziela, 1 listopada 2009

żeby tak orkiestrą być


Ten koncert death-metalowego Vadera, na którym byłyśmy z H2 jakoś tak pod koniec lata zaowocował nową, że tak powiem przyjaźnią. Otóż kilka dni potem młody taksówkarz z mojej korporacji, tej co to wozi mnie co rano do jeszcze bardziej mojej korporacji, zapytał mnie jak mi się podobał koncert.
Okazało się, że lejdis in pink(link)* dały się zauważyć i zapamiętać. Odpowiedziałam więc zgodnie z prawdą oraz z trendem „Joie de vivre”, że koncert podobał mi się i to bardzo. A przecież jeszcze bardziej podobało mi się to, że podobało się to H2, co przekonało mnie, że H2 też  mogłaby uczestniczyć w trendzie „Joie de vivre”, o co akurat jej nie podejrzewałam.
No i tak, jakieś dwa razy w miesiącu trafiam na tego trzydziestolatka i gadamy sobie o metalu. W ramach powitania ja wyrażam zachwyt jego nowiutką Skodą Superb, a potem przechodzimy do konkretów. Ostatnio podarował mi płytę wschodzącego zespołu Proghma-C, celem jej przesłuchania. I muszę powiedzieć, że owszem, podoba mi się. Rzecz może jest nie bardzo death od strony wokalnej, ale instrumentalnie jak najbardziej, no i ma dużo przesteru :).
A jak już kiedyś wyznałam, muzyka interesuje mnie głównie instrumentalnie, bo wokalu ja prawie nie słyszę, bo nie słucham. Gdybym miała być muzykiem, to wolałabym być orkiestrą.
BTW, ilekroć piszę słowo „death”, to Word wstępnie poprawia mi to na Heath, z dużej litery. I to w takim dniu, jak 1 listopada. Też coś!
Proghma-c na myspace
I jeszcze muszę przyznać, że bardzo mi się podoba to wszystko od strony graficznej, cała ta symbolika metalowa, te czernie, cały ten folklor.
_______________________________________________
* trochę eksperymentuję z edytorem, ale już widzę, że nie wszystko działa jak trza.


P.S. Słucham ja sobie tej płytki i podoba mi się coraz bardziej to mocne, drapieżne granie. A z mało deathowym wokalem, to dałam się zwieść. Jest go sporo, ale ja i tak słucham tylko tego, co w tle i pomiędzy. Subłufer pod moim biurkiem pięknie drży z zachwytu.
P.S. 2 Zajebista płyta. Tytuł "Bar-do Travel"

koniec słonecznego dnia



Tak mnie wciągnęło gadanie z H2, oglądanie telewizji i gmeranie w szablonie bloga, że nie zdążyłam wyjść na spacer z aparatem. Miałam zamiar powtórzyć zdjęcia pięknie odrestaurowanej kamienicy Naujacka, ale tym razem w zimnym, listopadowym oświetleniu. Nie zrobiłam tego dziś, może zrobię jutro. Wtedy, 20 września też była godzina 15:30.

nowy post eksperymentalny


Odważyłam się, mając złe doświadczenia z bloggerem, któremu kiedyś zdarzył się ciężki fakap, co spowodowało utratę wielu zdjęć i konieczność zmiany szablonu, żeby choć trochę uratować. A więc odważyłam się i zmieniłam edytor na nowszy. Zobaczymy, co z tego wyjdzie i czy jest to zmiana nieniszcząca. Wzbogacili funkcję dodawania zdjęć i dodali parę opcji edycji tekstu. W sumie nic wielkiego. Ale za to litera "ż" jest literą "ż", a nie skrótem klawiaturowym i to jest istotną poprawką.



Nie jestem też pewna, czy zmiana koloru szablonu wyszła na dobre, ale sam szablon nie bardzo mi się podoba. Niestety wybór jest niewielki, a nie mam odwagi eksperymentować z szablonami zewnętrznymi.

sen nr 3

Zbliżyłam się do świecy z nożykiem do owoców. Świeca była zima i twarda. Nie paliła się ostatnio. Wyrównałam jej nadtopione brzegi. Nóż wchodził w wosk jak w masło. Na tym sen zakończono, bo była już 9:11.
______________________________________________________
Od tłumacza snów: trzeba wyjść z domu.


P.S. Zauważyłam miłą zmianę w formacie daty. Nareszcie poprawiono na "1 listopada". Nie przypisuję sobie zasługi, ale fakt, że napisałam do bloggera o tym błędzie. Dostrzegłam tę zmianę przed chwilą, ale może to stara sprawa.

piątek, 30 października 2009

ten tylko się dowie...


Ja mam teraz właściwie takie wieczory panieńskie, więc rozprowadzam się bez umiaru. Oczywiście z nieocenioną H2. Dziś znowu łajdaczyłyśmy się w centrum handlowym, wykonałyśmy nawet malutką tekstyliadę, ale oczywiście nie bez dozy kulturki, bo zaliczyłyśmy „Solistę”. Dobry film, choć po genialnym „Blasku”, z równie genialnym Geoffreyem Rushem, już nie tak odkrywczy. Ale ja lubię te schizofreniczne klimaty, bo sama jestem lekko autystyczna, oczywiście w granicach normy wiekowej.
W trakcie tego konsumpcyjnego rozpasania zdążyłyśmy nawet omówić nasze wspomnienia z PRL pod kątem uczuć, które temu okresowi w sposób najbardziej dojmujący nam towarzyszyły. I otóż obie zgodnie stwierdziłyśmy, że temu okresowi, a byłyśmy już dorosłymi dziewczynkami, z rodzinami i karierami, pożal się boże zawodowymi, w żadnym stopniu nie towarzyszyło uczucie strachu, terroru, osobistego zniewolenia. Ale także jakiegoś szczególnego, wbrewsobnego przystosowania, mimikry. Nic z tych rzeczy. A mówimy o okresie 1974-1989, czyli od kiedy zaczęłyśmy pracować, wcześniejszy okres uznawszy za czas dziecięctwa społecznego. Nikt mnie nie ciągnął do partii, nie zmuszał do pochodów pierwszomajowych, nie straszył brakiem awansów i podwyżek. Na dobrą sprawę nie wiedziało się, z kim się pracuje. Ja na przykład pracowałam z pułkownikową MO, ale ani przez myśl mi nie przyszło, żeby nie wygłaszać sądów i relacji zaczerpniętych z RWE. Toż samo w kolejkach, nie wiadomo z kim się stało, ale jakoś człowiek nie bał się, że wezmą mnie pod pachy i wyprowadzą. Najbardziej uwierające było dla nas uczucie niewoli zewnętrznej, w skali makro i geo, świadomość zniewolenia Polski, odebrania jej prawa i możliwości suwerennego decydowania o jej rozwoju. Pod tym względem niewiele się zmieniło, tak to widzę.
Przypomniałyśmy sobie jednak z H2 o pewnym zdarzeniu z okresu stanu wojennego. Wtedy się bałyśmy.
Mój Ojciec był bezpartyjnym fachowcem, czyli jednak nomenklaturą, skoro pozwolono mu zajmować dyrektorskie stanowisko. Być może w uznaniu jego umiejętności. Instytucja, którą kierował miała w swej strukturze pracownię poligraficzną. Jako historyk z zamiłowania Papa mój zgromadził wspaniały księgozbiór historyczny, poświęcony jednemu nurtowi, czy wręcz szkole historycznej, od Karola Szajnochy począwszy. Szkoła ta zakładała, że największym wrogiem Polski i przyczyną oraz inspiratorką jej wszelkich nieszczęść na przestrzeni wieków była Rosja. Kompletowało się ten księgozbiór w antykwariatach całej Polski. Do tego księgozbioru jak ulał pasowała „Najnowsza historia polityczna Polski” Poboga-Malinowskiego. Pech chciał, że było to wydawnictwo emigracyjne i niestety „bezdebitowe”. I mój nieostrożny Papa w stanie wojennym kopiował po godzinach przywiezione przez kogoś z Londynu tomy i to w kilku egzemplarzach, bo każdy z naszego środowiska chciał to mieć. Było lato 1982 roku. Pod nieobecność mojego ojca wzmożoną aktywnością poligraficzną biura zaczęło się interesować SB. Trzeba było coś z tym zrobić. Przywieziono więc wszystko do mnie. Rwanie na strzępy, spalanie i topienie okazało się pracą nad siły. I wtedy H2, jej mąż i ja zapakowaliśmy wszystko w foliowe worki i postanowiliśmy wywieźć corpus delicti do lasu, w którym H2-owstwo mieli letni domek. Te 25 kilometrów wydawało nam się drogą straszną, a w każdym jadącym za nami samochodzie widzieliśmy śledzących nas oprawców z SB. Dojechaliśmy jednak bez przeszkód, zakopaliśmy w zagajniku, dobrze zapamiętując miejsce, żeby do niego kiedyś wrócić. Wróciliśmy po kilku latach. Zamiast małych „pobożątek malinowskich” ( tak wtedy żartowaliśmy ) rósł tam całkiem zgrabny lasek, ale worków nie odnaleźliśmy. Strach był bardziej w nas, niż wokół nas, bo wokół nas był tylko las.
To oczywiście nic nie znaczy, ale takie są nasze wspomnienia. Tylko taka jest nasza historia.
Faktem jest jednak, że nasze zawody były neutralne politycznie, co pewno miało jakieś znaczenie.

środa, 28 października 2009

człowiek z papieru

Wybrałyśmy się dziś z H2 do kinematografu na obraz „Mniejsze zło”. No i potwierdziło się. Chociaż, o ile pamiętam, Morgenstern zrobił w swoim życiu kilka dobrych filmów, to ten niestety do takich zaliczony być nie może. Pomijam zupełnie fakt, że martyrologia lat 80-tych wisi mi zwisem swobodnym i że to temat wciąż za trudny, bo łatwo z nim osiąść na mieliźnie. Scenariusz absolutnie przewidywalny, w razie czego H2 może potwierdzić, że kiedy bohater zbliżał się do jakiegoś obiektu, zgadywałam bezbłędnie, jak od tego zbliżenia z obiektem rozwinie się ta historia. A do specjalistów od przewidywania, to ja się z pewnością nie mogę zaliczyć. Zdjęcia, jak w filmach z lat 70-tych, ale może taki był właśnie zamiar, tylko po co taki dokumentalizm. Aktorzy słabo, bardzo słabiutko, już tylko Gajos pozostał, ten jak zawsze trzyma poziom. Młody Żurek, podobno wielka nadzieja naszego filmu-cieniutki, jakby prosto od Knorra. Dobry Olaf Lubaszenko w roli dobrego ubeka, ale może trochę za bardzo przerysowany w kierunku pewnej nawet wesołości. Daje to w sumie jakiś fałszywy ton. Bo albo było groźnie, albo śmiesznie, a jak śmiesznie, to żadne z nas ofiary, bohatery i ozdrowieńce.
Scenografia na poziomie miernym, my z H2 mamy oko do takich detali i możemy wymienić co najmniej piętnaście anachronicznych obiektów, których na pewno nie było w tamtych czasach, więc nie powinny się znaleźć na planie. Czyli dwója z tak zwanego pietyzmu. Broni się za to muzyka Michała Lorenza. No i jeszcze jeden drobiazg. Przyzwyczajona do cyfrowej obróbki obrazu, cóż-takie czasy- jakoś źle się czułam z tymi wszystkimi goliznami i ich pryszczami, kaszakami, brodawkami czy innymi kurzajkami. I po co tam te golizny, skoro ograniczają się do "gołostania".
Jeden bon mot w ustach papy-Gajosa. „Czuć zapach wiatru”, zdaje się. Niby nic oryginalnego, ale jakoś tak użyte zgrabnie, w kontekście konformistycznej przemowy do syna. Naprawdę zgrabne. I jeszcze dialogi marne, bardzo niedobre dialogi są, aż się z H2 dziwiłyśmy.
I pomyśleć, że nie dalej jak wczoraj, z wielką uwagą obejrzałam po raz pierwszy naprawdę w pełni świadomie „Pamiętnik znaleziony w Saragossie”. Co tu jeszcze można powiedzieć?
A w ogóle, to już mi się nie chce pisać. Nie ma takiej frajdy, która nie powszednieje.

niedziela, 25 października 2009

zmiana czasu

Lubię czas. Szanuję czas. Mam czas. Boję się czasu. Więc wstałam dziś ze świadomością zmiany czasu. Jest zmiana. Muszę się dostosować. A zatem na początek tak:
Zegary w kuchni:
Kuchenka mikrofalowa
Kuchenka gazowa
Telefon
Radio kuchenne
Telefonski aparat
Zegary w sypialni:
Radiobudzik z projekcją ( ważny detal)
Stara komórka, czyli budzik
Telewizor
Zegary w przedpokoju:
Złoty zegarek na szczęście
Zegary w salonie:
Zegar kominkowy z kurantem, w tym kurant
Zegar skrzynkowy, a nawet portykowy, prezent od Teścia
Zegarek z termometrem, prezent od korporacji za wyniki
Telefon
Zegary w łazience:
Złoty zegarek na szczęście
Zegary w gabinecie:
Zegarek z logo, prezent od korporacji za wyniki.
Telefon.
Po 10 minutach tępego mocowania się z radiem w kuchni i równie tępego wpatrywania się w trzy idiotyczne literki RDS poddałam się i po prostu włączyłam radio. Od tego momentu chcę, żeby wszystkie wyżej wymienione urządzenia chronometryczne też miały RDS, bo jak nie, to je po prostu wyrzucę, tak jak właśnie za chwilę wyrzucę dwa zegary od korporacji, w prezencie za brak wyników. Złote zegarki na szczęście, to prezenty od innej korporacji, które w remontowym zapędzie malowaliśmy z Konstancinem na złoto, razem z innymi drobiazgami, a to kamieniami, pudełeczkami, buteleczkami, koszykami na drobiazgi, itepe. Stare czasy. Może też czas je wyrzucić, te złote zegary na szczęście, bo strasznie datują.
Nowy czas. Właśnie mija ostatni chyba taki spokojny weekend. Spokojność tego weekendu budzi we mnie silną niespokojność. Dla serca pokrzepienia zorganizowałam sobie obóz kondycyjny, w samotności i w milczeniu. Nie umawiałam się z nikim, rozmowy przez telefon skracałam do stopnia bezczelnego. Czytałam, piratowałam, spałam, jadłam, piłam, a nawet ugotowałam sobie zupę. Pierwszy raz, od prawie dwóch miesięcy. Obejrzałam też film z Halle Berry, „ Things we lost in the Fire”, polski tytuł „Druga szansa”.
Przez długi czas wspinałam się na górę nie mając pojęcia, co jest na szczycie. Zdaje się, że uwierzyłam alpinistom i parłam na szczyt, tylko dlatego, że on tam gdzieś był. Teraz będę musiała z niego zejść. Albo zostać. Na szczycie będę musiała być młoda, silna, zdrowa, ładna, elegancka, mądra, inteligentna, skrzętna, szparka, czysta i zorganizowana, cierpliwa, wyrozumiała, mało wymagająca, kreatywna, pomysłowa, czuła, wesoła i zabawna. Dobrze by było osiągnąć też sukces w biznesie. I jeszcze powinnam umrzeć ostatnia, żeby móc o tym wszystkim opowiedzieć, najlepiej w napisanej przez siebie książce, którą powinnam wydać i sprzedać w pierdylionach egzemplarzy w 49 językach nowożytnych. Nic mnie tak nie kręci, jak zadania, którym nie sprostałby żaden mężczyzna. Dlatego obawiam się, że mój czas się skończy niebawem. Cokolwiek miałoby to znaczyć. A właściwie w każdym możliwym znaczeniu.
Zmiana czasu. Muszę się dostosować. W tym celu idę już teraz nałożyć maseczkę szczęścia, zrobić peeling historyczny, wydepilować sobie myśli i nałożyć różowe soczewki kontaktowe. No i cofnę licznik.
A, byłabym zapomniała, jeszcze nastawić 3 zegarki naręczne. Złote, jak myśli.

sobota, 24 października 2009

sen nr 2

W mieszkaniu należącym do Mamy H2, osoby nieżyjącej już od wielu lat, przygotowywałam obiad dla nieznanych mi stołowników. W menu był kalafior z wody. Nie wiem, co jeszcze. W kuchni nie było stołu. Nagle znalazł się stół rozkładany. Po rozłożeniu go okazało się, że jest to właściwie wielki stolik turystyczny, bardziej podobny do łóżka polowego, niż do mebla kuchennego. Miał metalowy stelaż, a blat stanowił naciągnięty, pognieciony pergamin. Nic nie chciało na nim stabilnie stać.
Nie mogłam sobie poradzić z przyrumienieniem tartej bułki, dodaniem właściwej ilości masła, połączeniem składników. Totalna klapa. Wstydziłam się. Ze wstydu sen zakończono.*
___________________________________________________________
* Od tłumacza snów :
1. za dużo węglowodanów, nawet jeśli to Amaretti Virginia Soffici
2. nie gotować dla obcych

czwartek, 22 października 2009

Marlena

Ta nieduża książeczka „Marlene” Angeliki Kuźniak dała się pochłonąć w kilka godzin. Wyszedł z tego całkiem przyjemny patchwork, zszyty z listów, bilecików, zapisków i krótkich wspomnień osób, które współpracowały z nią podczas jej koncertów. Rzecz dotyczy właściwie wyłącznie lat 1964 – 1992, do jej śmierci w paryskim mieszkaniu, w którym dobrowolnie zamknęła się na kilkanaście ostatnich lat życia. I wzięło mnie. Kupiłam inną jej biografię, tego samego dnia przypadkowo trafiłam w TV na niemiecki film biograficzny „Marlena” w reżyserii Josepha Vilsmaiera, z 2000 r. W filmie tym niepotrzebnie wprowadzono fikcyjny wątek miłosny, jakby życie Marleny Dietrich nie było bez tego dostatecznie barwne i interesujące. Na marginesie, uważam za coś absolutnie niesmacznego i wielce niestosownego dodawanie ludziom do ich biografii historii, które się nie zdarzyły. Podobne odczucie miałam czytając powieść Marka Krajewskiego „Głowa Minotaura”, w której autor w środowisko lwowskich matematyków, wymienionych z nazwiska i imienia postaci wielkich i znanych, wprowadza wyjątkowo ohydnego mordercę, zboczonego jak to u Krajewskiego. Kiedy fikcję miesza się z rzeczywistością powinno się uważać, jak i co się z tym robi, zwłaszcza, jeżeli nie można zapytać osób rzeczywistych, co sądzą o kontekście, w którym ich umieszczono. Tak więc Marlena mnie uwiodła. Zaopatrzyłam się nawet w jej ostatni film z 1978 r. „Just a Gigolo”, gdzie gra mały epizod u boku Davida Bowie i śpiewa. Zawsze uważałam, że Marlena śpiewała cudownie, natomiast aktorka z niej była raptem poprawna. Okazało się, że jej głos obejmował 1,5 oktawy, a posługiwała się nim tak oszczędnie. Wzruszyły mnie i silnie przemówiły do mojej wyobraźni ostatnie lata jej życia w paryskiej pustelni, w oczekiwaniu na śmierć. Chyba dobrze rozumiem, co nią powodowało. Dopełnieniem tej historii i moich zamyśleń nad przemijaniem, samotnością i śmiercią stał się film „Pora umierać” z cudowną Danutą Szaflarską i z jakże niespodziewanym dla mnie i smutnym zakończeniem. Zdumiał mnie też stosunek Niemców i Berlińczyków do Marleny. Co ciekawe, niewiele się ten stosunek zmienił na przestrzeni lat, od jej pierwszego koncertu, długo po wojnie, do jej pogrzebu, już przecież po zburzeniu muru berlińskiego. Wyglądało to tak, jakby ich rozliczenie się z własną wojenną przeszłością było dość deklaratywne i fasadowe. Czy to o szyby deszcz dzwoni jesienny, że taka mnie melancholia ogarnia, jakoś to do mnie niepodobne. A przecież są powody do mruczenia.
P.S. Wypreparowałam z filmu „Just a Gigolo” Marlenę śpiewającą tytułową piosenkę. Ma tu już 78 lat, porusza się wyłącznie na wózku, a cała rzecz została sfilmowana w jej paryskiej pustelni. Mimo wszystko Marlena wygląda cudownie.Choć ze śpiewem już gorzej...

video

środa, 21 października 2009

sen nr 1

Śpię, a więc i śnię. A śni mi się tak idiotycznie. Wczoraj śnił mi się Filip Bajon w wieku niedookreślonym. Z Filipem Bajonem nagle zapałaliśmy do siebie afektem silnym, damsko-męskim. Kiedy po jednym z aspektów afektu, również w afekcie, opuściłam go na chwilę, byłam przyobleczona w puszysty szlafrok kąpielowy w stylu hotelowym i z monogramem. Na korytarzu spotkałam moją Mamę, która nie była z tego wszystkiego zadowolona, więc musiałam ją jakoś okłamać. I wtedy z kieszeni szlafroka wypadły mi moje najważniejsze okulary heavy duty, super lekkie + 3d. Rozpadły się na kawałeczki, a ja czułam, że te okulary zniszczyła mi H2. Wyszłam zrozpaczona do ogrodu i przywitałam się z Pati Koti.
Na tym sen zakończono, bo w takim bezsensie nawet we śnie wytrzymać się nie da.*
___________________________________________________
Od tłumacza snów : za dużo telewizji