Lubię czas. Szanuję czas. Mam czas. Boję się czasu. Więc wstałam dziś ze świadomością zmiany czasu. Jest zmiana. Muszę się dostosować. A zatem na początek tak:
Zegary w kuchni:
Kuchenka mikrofalowa
Kuchenka gazowa
Telefon
Radio kuchenne
Telefonski aparat
Zegary w sypialni:
Radiobudzik z projekcją ( ważny detal)
Stara komórka, czyli budzik
Telewizor
Zegary w przedpokoju:
Złoty zegarek na szczęście
Zegary w salonie:
Zegar kominkowy z kurantem, w tym kurant
Zegar skrzynkowy, a nawet portykowy, prezent od Teścia
Zegarek z termometrem, prezent od korporacji za wyniki
Telefon
Zegary w łazience:
Złoty zegarek na szczęście
Zegary w gabinecie:
Zegarek z logo, prezent od korporacji za wyniki.
Telefon.
Po 10 minutach tępego mocowania się z radiem w kuchni i równie tępego wpatrywania się w trzy idiotyczne literki RDS poddałam się i po prostu włączyłam radio. Od tego momentu chcę, żeby wszystkie wyżej wymienione urządzenia chronometryczne też miały RDS, bo jak nie, to je po prostu wyrzucę, tak jak właśnie za chwilę wyrzucę dwa zegary od korporacji, w prezencie za brak wyników. Złote zegarki na szczęście, to prezenty od innej korporacji, które w remontowym zapędzie malowaliśmy z Konstancinem na złoto, razem z innymi drobiazgami, a to kamieniami, pudełeczkami, buteleczkami, koszykami na drobiazgi, itepe. Stare czasy. Może też czas je wyrzucić, te złote zegary na szczęście, bo strasznie datują.
Nowy czas. Właśnie mija ostatni chyba taki spokojny weekend. Spokojność tego weekendu budzi we mnie silną niespokojność. Dla serca pokrzepienia zorganizowałam sobie obóz kondycyjny, w samotności i w milczeniu. Nie umawiałam się z nikim, rozmowy przez telefon skracałam do stopnia bezczelnego. Czytałam, piratowałam, spałam, jadłam, piłam, a nawet ugotowałam sobie zupę. Pierwszy raz, od prawie dwóch miesięcy. Obejrzałam też film z Halle Berry, „ Things we lost in the Fire”, polski tytuł „Druga szansa”.
Przez długi czas wspinałam się na górę nie mając pojęcia, co jest na szczycie. Zdaje się, że uwierzyłam alpinistom i parłam na szczyt, tylko dlatego, że on tam gdzieś był. Teraz będę musiała z niego zejść. Albo zostać. Na szczycie będę musiała być młoda, silna, zdrowa, ładna, elegancka, mądra, inteligentna, skrzętna, szparka, czysta i zorganizowana, cierpliwa, wyrozumiała, mało wymagająca, kreatywna, pomysłowa, czuła, wesoła i zabawna. Dobrze by było osiągnąć też sukces w biznesie. I jeszcze powinnam umrzeć ostatnia, żeby móc o tym wszystkim opowiedzieć, najlepiej w napisanej przez siebie książce, którą powinnam wydać i sprzedać w pierdylionach egzemplarzy w 49 językach nowożytnych. Nic mnie tak nie kręci, jak zadania, którym nie sprostałby żaden mężczyzna. Dlatego obawiam się, że mój czas się skończy niebawem. Cokolwiek miałoby to znaczyć. A właściwie w każdym możliwym znaczeniu.
Zmiana czasu. Muszę się dostosować. W tym celu idę już teraz nałożyć maseczkę szczęścia, zrobić peeling historyczny, wydepilować sobie myśli i nałożyć różowe soczewki kontaktowe. No i cofnę licznik.
A, byłabym zapomniała, jeszcze nastawić 3 zegarki naręczne. Złote, jak myśli.