niedziela, 31 maja 2009

ćwiczenia z charakteru

Od kilku dni (!) próbuję się zaopatrzyć w film „Miasto ślepców”, z racji mojej portugalskiej wyprawy, która bardzo nas oboje z Konstancinem ożywia. Nie wiem, po co robią takie długie, mięsiste filmy, na które potem trzeba czekać wieczność, bo ciągną się jak sierp z dupy.
Skracając sobie czas oczekiwania dobrałam się wreszcie do „Lektora” vel „Zaklinacza słów” vel „The Readera”. Nie czytałam książki, od razu zaznaczam i chyba jej nie przeczytam. Jakoś nie specjalnie ciągnęło mnie też do tego filmu, ale wreszcie się złamałam. Łamałam się potem jeszcze wiele razy, szczególnie przez pierwsze 40 minut. Inicjacja seksualna brzydkiego 15-latka mało mnie wciągnęła, co tu dużo gadać. Interesująco zaczęło się robić dopiero na sali sądowej i w sali wykładowej heidelberskiego uniwersytetu, gdy młodzi ludzie dyskutowali problem winy niemieckiej. Niestety sekwencje te trwają w sumie chyba nie więcej niż pół godziny.
Ralf Fiennes, choć bardzo go lubię, jest cholernie smutnym facetem, w szczególności w tym filmie, a może i we wszystkich. W każdym razie te wilgotne oczka trochę już nużyły. Kate Winslet niepotrzebnie natomiast schudła, wolałam ją przy wyższym BMI. Kate Winslet też bardzo lubię, żeby nie było wątpliwości.
Nie wiem, jaka jest wymowa samej książki, nie zaglądałam do recenzji, bo ludzie wypisują zwykle głupstwa. Mnie wszakże na pewno nie zainteresował w tym scenariuszu wątek miłosny, ale jednak coś wydało mi się tam godne zastanowienia.
Problem winy w wydaniu Hanny Schmitz. Hanna Schmitz wydaje się nie rozumieć, na czym polegała jej wina. Decyzje życiowe o wyborze pracy w SS, sumienność, z jaką ją wykonywała zdawały się wypływać z jakiejś swoistej naiwności i pierwotnej niewinności bohaterki. Podjęła pracę w SS, bo po prostu była taka oferta pracy, lepsza pośród innych, ale jednak praca. Pilnowała więźniarek, bo tego od niej oczekiwano. Nie otworzyła drzwi płonącego kościoła, bo więźniarki mogłyby uciec, powstałby chaos, a ona odpowiadała za porządek. Czy osoba nierozumiejąca zła może być winna i w pełni odpowiedzialna za jego popełnienie? W jej przypadku wina wygląda wręcz na nieumyślną, a przecież taka kategoria winy istnieje. Tę okoliczność rozważa się przecież w sądach. Potraktujmy więc osobowość Hanny Schmitz jako osobowość psychopatyczną i socjopatyczną, w swej skłonności do podporządkowywania się regułom obowiązującego prawa. Prawa będącego przed moralnością, jak powiedział w czasie seminarium profesor Jaspers. Jeśli prawo jest przed moralnością, to gdzie jest wina niemiecka?
Bardzo ciekawy jest fragment, gdy przed ogłoszeniem wyroku, w porywie słusznego gniewu, demonstrujący antyfaszyści, w wieku dobrze ponad 40-lat, obrzucają oskarżoną obelgami w rodzaju „nazistowska kurwa”. ( Niby kurwa to charakter, tak na marginesie...)
Gdzie oni byli wcześniej? Czy socjopatyczne posłuszeństwo obywatelskie jest immanentną cechą duszy niemieckiej?
P.S. Bardzo chciałam znaleźć zdjęcie cherubinka z Hitlerjugend z filmu „Kabaret”, bo kiedy ten rasowy blond aniołek śpiewał, to latały po mnie spiralne ciary gigant. Ciekawe, że nie można go nigdzie zlokalizować, a wideo z tym fragmentem filmu jest niedostępne na youtube dla internauty z mojego kraju. Aleśmy sobie piraci nagrabili! Biada nieposłusznym wobec praw autorskich !

piątek, 29 maja 2009

dwie półki, półka druga, ponownie oheblowana

Zainspirowana komentarzami do pewnego bloga zainteresowałam się filmem z 2001 r., jak się okazało, wręcz kultowym. Nigdy nie słyszałam o tym tytule, ale okazało się, że da się go znaleźć. „Donnie Darko”. Odkładam go na półkę z napisem „weird”. Wszystko w tym filmie jest ładne, aktorzy, w tym „tatanka” z rodziną, kolorki, muzyka no i pętla czasu, bo pętla czasu to jest ładny motyw. Ale pod ładnością kryje się lęk, prawdziwie amerykańskie fobie, obłędy i natręctwa. Można film zaklasyfikować jako sci-fi, a ja zaklasyfikowałam go jako poetycki film o zaburzeniach psychicznych wieku dorastania z elementami sci-fi, bo tak mi pasowało. Ale i tak nie wiem, dlaczego ten film sprawił mi przyjemność, może dlatego, że film rozwija się od końca. Albo raczej może zwija? Ciekawe byłoby się dowiedzieć, co widzą w nim młodzi ludzie, bo spotkałam i taki komentarz : „Zdecydowałem się zrobić te napisy, ponieważ film ten jest najlepszym filmem, jaki widziałem. Wywarł on na mnie ogromne wrażenie oraz pozostawił niezatarty ślad na mojej psychice... „
Więc chyba coś w nim jest? Zdaje się, że ten film nie był pokazywany w Polsce, to skąd ta młodzież o nim wie?
"The dreams in which I'm dying are the best I've ever had". Straszne.
P.S. Straszne i piękne - tak lepiej, jeśli się rzecz pojmuje w kategorii młodość i weltschmerz czy lebenschmerz. Bardzo, bardzo poetycki film, nawet umownie rzecz nazywając, przejawy przemocy czy konfliktowość młodych jest tu bardzo poetycko podana. I amerykańskość jakoś nieamerykańsko doprawiona. Weird.

dwie półki, półka pierwsza, ponownie oheblowana



Poza mocnym przeciążeniem mojego głównego komputera oraz obrażeniem słownym mojej Mamy, w minionych dniach ( sztuk 1 i ½ ) obejrzałam dwa filmy, co ma pewien związek z narażeniem na szwank mojej głównej jednostki.
Filmy te odłożę sobie na półki. Na półkę z napisem „probably disgusting” odłożę film „Elegia”. Oglądałam ten film z rosnącym obrzydzeniem, a potem z oburzeniem. Czemu? Ano tak! Ponieważ nie wiem, czy istnieje forma literacka przeciwstawna do elegii, a w każdym razie ja nie znam jej nazwy i wikipedia nie była tu pomocna, pozwoliłam sobie na lekkie przemontowanie fragmentów tego filmu. Cieszę się jak dziecko, bo idzie mi to coraz lepiej. Przemontaż wykonany został, żebym mogła się odszczeknąć. Otóż trzeba chyba powiedzieć, że ja chyba już nie lubię mężczyzn i to jest moje niezbywalne prawo w tym, czyli moim wieku. Mam jednak nadzieję, że to nie prowadzi mnie powolutku do jakiegoś kółka różańcowego, bo jeśli tak-to wolałabym raczej zostać starą nimfomanką. Uzmysłowiłam sobie to nielubienie podczas oglądania owej „Elegii”, co nie znaczy, że proces ten zaczął się właśnie w tym momencie. Zaczął się prawdopodobnie wcześniej. Jeśli niektórzy mężczyźni, znani mi osobiście, poczują się dotknięci, to trudno - ich problem, ja rzecz całą traktuję bardziej genderowo niż personalnie, czy wręcz ad personam. A więc nie lubię mężczyzn, nie specjalnie ich szanuję, nie koniecznie ich podziwiam. Kiedyś nie miałam na to czasu, żeby się nad tym zastanawiać. Ciągnęło mnie do nich, bez faceta czułam się jak zero, a z facetem czułam się jak zero na prawo od jedynki. Ale teraz mam czas i mogłam się nad tym zastanowić. Bo mężczyzna jest złodziejem czasu. Im więcej czasu ukradnie kobiecie, tym mniej w nim (mężczyźnie) tajemnicy. Gdy nie ma tajemnicy, nie ma też już obietnicy.
W filmie tym pada jedno ważne i miłe sercu memu stwierdzenie. Stary mężczyzna, który bierze się za kobietę odległą w czasie o pokolenie, kiedy podróżuje w czasie pod włos, traci pewność siebie. Mężczyzna musi mieć pewność siebie. Tego się od niego oczekuje. Tego on oczekuje od siebie. Nawet, kiedy nie istnieje żaden powód, aby tak się czuł. Nawet, kiedy w głębi swej jaźni wcale nie czuje się pewny siebie, to i tak jest pewny siebie. Kobieta przeciwnie. Kobieta pewna siebie nie jest nigdy. Kobieta nie jest nigdy dość ładna, dość młoda, dość szczupła, dość mądra albo dość głupia, czasami jest nawet zbyt bogata i to też odbiera jej pewność siebie. Tak więc życzę wam wszystkim panowie bardzo, bardzo młodych kobiet, żebyście wiedzieli, jak to kurewsko jest być „nie dość”.
Co do filmu, to jadowitą radość przeżywałam jeszcze, gdy w kilku miejscach słowo „adultery” tłumaczono, jako dojrzałość. A może to i słuszna koncepcja?

środa, 27 maja 2009

tłusty podkład pod fado



Ponieważ stanowczo uważam, że do mojej ostatniej ważnej destynacji - Barcelony słabo się przygotowałam, teraz robię sobie tłusty podkład.
Nie dość, że zakupiłam i czytam (!) przewodniki, to jeszcze:
1. Obejrzałam film „Korek” z serii TVP2 „Boso przez świat” z tym palantem Cejrowskim.
2. Ściągnęłam kolejny odcinek tej samej serii pt. „Fatima”, żeby mieć to już z głowy.
3. Obecnie ciągnę film „Lisbon Story” Wendersa. Faktem jest, że film ten oglądałam już co najmniej 2 razy, ale zawsze zasypiałam, lub przełączałam, bo to dość nudny kawałek, choć bardzo okrzyczany.
4. Ściągnęłam też płytkę z fado, choć akurat z fado nie ma większego problemu, bo jego wielkim miłośnikiem jest Konstancin i widziałam u niego co najmniej 2 płytki, w tym jednej takiej Mísi, co akurat jest dosyć zabawne, bo ja w zasadzie też bywam Misią w kontaktach interpersonalnych.
Z tym fado to jest tak. Wczoraj dowiedziałam się z przewodnika, że fado znaczy los po portugalsku. Dziwne, że sama na to nie wpadłam. Fado opisywano w przewodniku tak, że można by myśleć, że piszą o bluesie. Z tym, że ja osobiście wolę bluesa. Ten rodzaj wzruszeń, których dostarcza fado budzi we mnie szczególną myśl. Że zdolność do wzruszeń tego rodzaju właściwa jest ludziom mającym również w sobie wielką zdolność do brutalności, agresji, przemocy i okrucieństwa, które to emocje są mi w najwyższym stopniu nienawistne.
A blues to smutek uciśnionych i bezbronnych.

vanitas vanitatum

Obejrzałam film "To nie jest kraj dla starych ludzi" braci Coenów. Wstrząsająco dobry. A potem znalazłam ten wiersz Yeatsa.

Żeglując do Bizancjum

I
To nie jest kraj dla starych ludzi, młodzi
W ramionach młodych, ptaki w swoich pieśniach
- Ginące pokolenia - w róż ogrodzie,
Makreli morze, łososiowa rzeka;
Ptak, ssak i ryba latem zalecają
Poczęcie, które rodzi się do śmierci,
Tak uwikłane w swój zmysłowy taniec,
Pomniki myśli wiecznej mają za nic.
II
Człowiek leciwy - przedmiot wzmianki niewart,
Znoszony płaszcz na kiju - póki w ręce
Nie klaśnie dusza i w głos nie zaśpiewa
Za każdą łatę na ziemskiej sukience.
I nie dla lekcji śpiewu, lecz na chwałę
Pomnikom własnej swojej wspaniałości.
Dlatego żagle rozwijam i gnam tu,
Ku wieżom miasta świętego Bizancjum.
III
O, mędrcy, w święty ogień oprawieni
Jak w pozłocistą mozaikę na ścianie,
Porzućcie dla mnie święty krąg płomieni
I duszę moją natchnijcie śpiewaniem,
Pochłońcie serce moje: chucią chore
I w konającym zwierzęciu zamknięte,
Nie wie, czym jest; ja ponad serca sprzeczność
Ulecę z wami w sztuczność - czyli wieczność.
IV
Raz uwolniony z natury, już więcej
Nie przyjmę formy żyjącej istoty,
Lecz tę jedynie, którą Greków ręce
Kuły ze złota, nie szczędząc pozłoty,
By cesarz z nudów nie oddał się drzemce;
Z gałęzi złotej śpiewać będę o tym
Panom i paniom w Bizancjum krainie,
Co przeminęło, co mija, co minie

Ale go nie rozumiem, bo ja od poezji dosyć daleko jestem. W filmie znalazłam pewien krótki dialog "Whatcha got ain't nothin new. This country's hard on people, you can't stop what's coming, it ain't all waiting on you. That's vanity."
Nie spodobało mi się przetłumaczenie słowa "vanity". Ale niewiele jest innych możliwości, poza marnością. Potem natrafiłam na pojęcie vanitas w sztuce i opis symboliki używanej dla przedstawienia tego motywu. A tam znalazłam obraz, dużo pięknych obrazów, ale jeden zachwycił mnie najbardziej. Sebastian Stoskopff - wspaniały malarz. Zaczęłam szukać jego dzieł i zastanawiać się nad tym słownikiem symboli vanitas. Kto właściwie ustala, co jest kluczem do rozumienia tych symboli? Dlaczego "karty, kości i inne utensylia związane z grami pokazują bezcelowe tracenie czasu w imię złego celu życia, fałszywy cel w życiu, jego grzeszność", a nie na przykład ślepy los, przypadek i takie tam duperele?
Wszystko to marność nad marnościami.

wtorek, 26 maja 2009

tylko krowa nie zmienia zdania

Bezczelni odpowiadają na to, że świnia zawsze. Może i mogę się z tym tymczasowo zgodzić. Zaraz jednak spróbuję wykazać, że to pogląd powierzchowny, co do świni, rzecz jasna. Teza jest taka, że świnia może zacząć dostrzegać odcienie, nie zmieniając zasadniczo stosunku do kolorów.
Jako osoba głęboko niewierząca i w porywach dość praktyczna, miałam zawsze do aborcji stosunek pozbawiony religijno-etycznego patosu. W porywie cynizmu zaś ukułam wręcz własną definicję aborcji, nazywając ją eutanazją prenatalną, bo do eutanazji też miałam stosunek monochromatyczny. Ale chyba już nie mam. Dziś widzę, że stosunek mój do aborcji był w najwyższym stopniu utylitarny, gdy sekrecja moich gruczołów zagrażała mi bezpośrednio pewnym dyskomfortem życiowym. I dalej pozostał raczej utylitarny, choć wzbogacony refleksją, że co innego jest wyrażać się, wygrażać, pomstować, zapluwać się lub nasładzać agresją słowną, a co innego jest agresję swą lub jakikolwiek inny mocny pogląd zmaterializować.
Temat ten niebezpieczny przyszedł mi do głowy przy okazji ewolucji mojego stosunku do rodziny gołębiej, którą jakiś czas temu tak napiętnowałam za jej bezczelnie obsrywanie mojego fabrycznego tarasu.
Po katastrofie z pierwszym gniazdem doszło do kolejnej katastrofy z gniazdem nr 2, tym razem już z jajami, aż pareczka niestrudzona założyła gniazdo numer 3 w miejscu gniazda numer 1. Samiec gołąb wypełnił swój obowiązek i jakoś tak zaraz potem nie dawał się już zauważyć. Ciekawe, że właśnie wtedy i obsrywanie jakby ustało, albo również tylko nie dawało się zauważyć. Przychodzi mi teraz do głowy, że może my, zmiękczeni i rozczuleni obserwatorzy ptaków zapadliśmy na rodzaj znieczulicy i zobojętnienia na obecność guana. Zaczęliśmy bacznie obserwować rozwój wypadków, aż po jakichś trzech tygodniach wykluła się para piskląt. La paloma madre odlatuje na posiłki, wraca, karmi młode, a te po najedzeniu się zapadają w sen. Matka siedzi w gnieździe, albo znowu leci na zakupy, w każdym razie zrobiło się jakoś czysto i porządnie. Ciekawe jest przyglądać się, w jakiej rytmicznej zgodzie młode dają się karmić, na zmianę wsadzając co chwilę dzioby do gardła matki. Ta zaś równie rytmicznie podrzyguje pokarm na skraj gardzieli, co widać bardzo wyraźnie nawet z naszej odległości.
Ale najważniejsze w tym jest to zachwycające doświadczenie czystości na planecie zwierząt, bo jak powiedziałam, srania nie ma. Sranie ustało.
Jeśli więc to nie guano-znieczulica, to pozostaje jeden wniosek. To srają samce w tym okropnym miłosnym uniesieniu.
A czy ja jestem krową jeszcze, czy już świnią, dalibóg nie wiem. I wolę nie wiedzieć.

szczęście, gust oraz wyczucie

To jest to, co ja mam niestety. Dokonałam wczoraj zakończonej sukcesem rezerwacji hotelu w Lizbonie. Wiele się nie namyślałam, miało być blisko historycznego centrum i w znośnej cenie ze śniadaniem. I trafiłam po prostu w dziesiątkę. Hotel jest w dzielnicy Chiado, na modnej, XIX-wiecznej ulicy Rua Garret, gdzie o krok jest najsłynniejsza historyczna kawiarnia Cafè A Brasileira i o dwa kroki winda Elevador de Santa Justa, łącząca Chiado z inną starą dzielnicą Baixa. Przewodniki są niezłe, poczytałam sporo i trochę się przeraziłam o moją wydolność w tuptaniu po pagórach i brukach Lizbony. Konstancin mnie już pakuje telefonicznie, więc będę musiała mu zakomunikować, że niezbędne będą martensy, choć trochę mi nie konweniują z 30-stopniowym upałem, którego możemy się tam spodziewać.
Przeraża mnie coś jeszcze, mam lęk wysokości i do kolejki linowej nie wsiądę za żadne skarby i pod groźbą. A to jeden ze sposobów poruszania się po Lizbonie tam, gdzie tramwaj się nie wdrapie, po górzystej dzielnicy Bairro Alto. Och, jak mi się tu przydają nazwy z Katalonii i odrobinę ten włoski.
Jest i dobra wiadomość. Z pewnym zdumieniem, choć to oczywista oczywistość, przeczytałam, że Portugalczycy nie są narodem basenu Morza Śródziemnego i nie odznaczają się typowym dla tego regionu temperamentem i sposobem wyrażania emocji. Miła odmiana, południowy temperament bywa nader męczący.
Jest i jeszcze lepsza wiadomość. Nie ucieknie nam Rembrandt. Dopadniemy go oraz całą masę innych mistrzów w Muzeum Gulbenkiana, o którego istnieniu, tak muzeum jak i postaci, nigdy nie słyszałam, a to bardzo ciekawa historia. Podczytywanie przewodnika tak mnie wzruszyło, że aż sobie popłakiwałam z radości. Dopiero teraz poczułam, jak bardzo się cieszę na tę eskapadę.
W nagrodę za wrażliwość zafundowałam sobie porcję soli w sosie szafranowym, upstrzoną śladowymi krewetkami, ale za to z rabatem 50 %, czyli raptem za 13 zetów. No i jeszcze parę innych rzeczy, ale nie wspomnę, bo boli.
Tymczasem obrigada.

ruja i głupstwo

Wybrałam się dziś do miasta, bo pogoda piękna i trzeba było kupić przewodniki po Lizbonie i Portugalii, no a jeszcze ten włoski. O włoskim nie piszę, bo to stara zabawka i bardzo mi spowszedniała. Płacę, płaczę i końca czekam rychłego.
O przewodników studiowaniu będzie później, bo radości mi to dostarczyło i wzruszeń.
Jest w Olsztynie centralny plac, bo w samym centrum innego zresztą nie ma. Stał na nim pomnik wdzięczności żołnierzom czy armii radzieckiej. Dalej stoi i od dziś wiadomo, że stać będzie, choć przez lata ważyły się jego losy i wielce debatowano o rozbiórce. W tak zwanym cfiszencajcie urządzono tam parking. Bo pomnik jest niesłuszny i to z wielu względów. Autorem pomnika jest Xawery Dunikowski, a to był przecież zabójca jakiś, czyli bezbożnik. Wykonano ten niby łuk tryumfalny z granitów pozyskanych z rozbiórki mauzoleum Hindenburga pod Olsztynkiem, a więc i materiał miał niesłuszne korzenie. No i ci żołnierze radzieccy. Gwałcili oni wszak Niemki, że nie wspomnę o niesłusznej wolności przyniesionej nam na ich bagnetach.
A jak tak sobie myślę, że jeśli chcemy, aby kobiety były gwałcone wyłącznie słusznie, czyli tylko przez zboczeńców z sąsiedztwa i własnych mężów, to trzeba po prostu zlikwidować armie i zaprzestać wojen. A o krwi żołnierskiej wsiąkłej w ziemię niesłusznie trzeba zapomnieć. Nawet, gdyby ci żołnierze dali krew swą całkowicie niechętnie i niepytani o zdanie.
By the way zupełnie, konstrukcję żelbetową tak zwanej szubienicy pod okładziny granitowe pomnika projektował mój Tata.
Po drodze, gdy już minęłam pomnik niesłuszny, przyplątał mi się jeszcze burdel za murem, jak więziennym. Też w centrum miasta.

dobrze chciał



To mógłby być naprawdę dobry film. Wczoraj natknęłam się na wywiad z Lindą o znamiennym tytule "Nie lubię niedoróbek".
Sięgnęłam więc po ten film. To mógłby być naprawdę dobry film. Historia nie jest nieprawdopodobna czy niewiarygodna, bo najbardziej niewiarygodne scenariusze układa samo życie. Los, czyli fado. Mamy na to wiele scenariuszowych przykładów, jak choćby oparta na faktach „Europa, Europa” Agnieszki Holland, uważam że to bardzo dobry film.
„Jasnym, błękitnym oknom” czegoś jednak brakuje.
Zacznę od pozytywów. Doskonała muzyka Waglewskiego. Bardzo dobre zdjęcia i wspaniałe plenery, z przecudowną, opuszczoną, zarastającą stacyjką kolejową. Widziałam coś takiego przed kilkoma tygodniami w drodze z Mrągowa. To robi niesamowite wrażenie. Czysty surrealizm i smutne piękno. Działa na mnie szczególnie mocno, co dało się już zauważyć w kilku moich dawnych postach.
Premature ossification
albo
Przystanek Przystań
Ale to dygresja, ostatnio zaczynam mówić od tematu. Karcę siebie za to.
Wracam do filmu. Doskonały drugi plan. Znakomita i piękna Barbara Brylska, oszczędna, filmowa. Dobry Linda, bo go lubię, jak Jandę. Brodzik i Kawka zdaje się nie uniosły tematu, ale już ich młode zmienniczki, aktorki-dziewczynki 13-letnie dobrane są doskonale i dobrze się czują przed kamerą. O dialogach nie wspomnę, wiadomo o co chodzi, ale nadal nie rozumiem dlaczego jest jak jest. Czego więc zabrakło? Może my Polacy nie umiemy być spontaniczni, więc kiedy gramy radość zawsze wychodzimy sztucznie, a kiedy gramy patos brakuje w nim odrobiny ironii czy sarkazmu? Może nie umiemy trzymać dystansu, albo trzymamy go w nieodpowiednich momentach? Podobno film spotkał się z dobrym przyjęciem na festiwalu w Madrycie. Może powinni zrobić go Hiszpanie? Może znając siebie lepiej, nasz własny narodowy temperament, wzorzec zachowań i reakcji wyczuwamy fałsz i sztuczność, a Hiszpanie tego nie widzą? A może tak samo jest i z naszym odbiorem hiszpańskich filmów, które według mnie zawsze są lekko odjechane, pełne autoironii i specyficznego humoru, a to nie tak, bierze się to tylko z nieznajomości ich wzorców zachowań?
Nie wiem, ale to mógł być całkiem dobry film.
A tak zupełnie na marginesie, co mówi aktorka Kawka w swojej ostatniej kwestii na załączonym klipie?
muzyka-trochę hiszpańska, trochę bałkańska, trochę santaniczna

poniedziałek, 25 maja 2009

herbatka u Lyonsa

W okolicach 1830 roku czeladnik szewski z Amsterdamu Coenraad Sammes został skazany na 18 miesięcy więzienia za kradzież czerwonej torby zawierającej kilkadziesiąt losów na loterię. Odwołał się od tego wyroku do sądu najwyższego w Hadze, co dało mu czas na zorganizowanie ucieczki do Londynu. Tam zmienił nazwisko na Coleman Joseph i zasilił szeregi aszkenazyjskiej biedoty z East Endu. Jego potomkowie żenili się, imali różnych zajęć, płodzili dzieci, te znów się żeniły, aż wylądowali w okolicy handlu tytoniem, co w końcu dało początek firmie Salmon and Gluckstein. Po drodze zdarzyło się jeszcze kilka ślubów i zmian nazwisk, a Salmon był oczywiście najpierw Solomonem, aż w końcu w 1887 roku przedstawiciel jednej z gałęzi rodziny założył korporację kateringową J. Lyons & Co. Kolejni członkowie tej rodziny doprowadzili najpierw do jej rozwoju, a potem do utraty znaczenia korporacji, wreszcie jedna jej część utonęła w odmętach Nestle. Ostatni z Lyonsa, Nigel Lawson zatrudniał na stanowisku chemika niejaką Margaret Roberts, która gdy stała się Margaret Thatcher zatrudniła z kolei Lawsona na stanowisku ministra skarbu. Córeczka Lawsona, zwana Nigellą ( secundo voto ta Saatchi ) w ramach kolejnej serii BBC dociera do korzeni swojej rodziny i wyżej streszczonej historii. Jej początek mógłby być doskonałą ilustracją tezy, że za każdymi dużymi pieniędzmi kryje się w przeszłości jakaś mała albo duża kradzież, ale ja nie o tym.
Seria nosi tytuł „Who Do You Think You Are”. Jej bohaterowie w poszukiwaniu korzeni swoich rodzin docierają do archiwów państwowych, ksiąg parafialnych, spisów ulic, planów miast, wyroków sądowych, rycin z epoki, zdobywając zdumiewającą wiedzę o życiu swoich przodków na przestrzeni ponad 200 lat. Zdumiewa zarówno dostępność do tych dokumentów, choć szyld BBC prawdopodobnie otwiera wszystkie drzwi i szuflady. Zdumiewa przede wszystkim zawartość tych szuflad i regałów oraz stopień „cyfryzacji” dokumentów. Nie ma znaczenia, czy to Anglia, Holandia, czy Niemcy, wszystko jest skatalogowane, zeskanowane i dostępne po jednym kliku.
Przyszły mi w związku z tym na myśl dwa pytania.
1. Jak jest w Polsce z zasobnością i jakością archiwów
2. Czy naprawdę w naszych telewizjach jesteśmy skazani tylko na tańce i śpiewy na lodzie, pod wodą lub w kisielu, w ramach pomysłów licencyjnych?
Odpowiedzi oczywiście nie znam, to pytania jak najbardziej retoryczne.
Nie wymagam wiele od stajni Onet/TVN- to już przegrana sprawa. Ale taka telewizja publiczna, czy tu też nic się nie da zrobić?
A tymczasem poranna żurnalistka tvn24 przysłuchując się relacji z festiwalu w Cannes z rozbrajającą i szczerą radością oświadcza, że właśnie poznała nowe słowo „starletka”. Mało słów, a jak tak dalej pójdzie, to nie będzie więcej.
Who do we think we are? Lubimy mieć się za głębszych, bardziej myślących, bardziej wymagających, bardziej intelektualnych. Are we really?

niedziela, 24 maja 2009

lejzi sandej afternun

Narobiłam sobie smaku tymi wspomnieniami o blitwie i rybach z rusztu. Ale choć świat jest teraz mały, to mogliśmy zakupić tylko namiastkę blitwy, czyli świeży szpinak. Do tego dwa solidne steki z łososia i powrót do przeszłości stał się możliwy. Z całym szacunkiem dla Reala, szpinak miał duże i zdrowe liście, zero odpadów. Szpinak został najpierw obfotografowany, następnie zblanszowany w całości, a potem symbolicznie podduszony na łyżce oleju winogronowego w towarzystwie grubo krojonego czosnku. Łosoś poszedł na ruszt z koperkiem i grudką masła ziołowego.
W donicy na balkonie blitwa rośnie jak szalona, nie roszcząc sobie pretensji do pogody. To jakaś bardzo bliska kuzynka buraka naciowego, czyli boćwiny, a może boćwina sama. W każdym razie wygląda i pachnie, jak liście buraków, ale bez charakterystycznych bordowych żyłek. Blitwa jest klasycznym dalmackim dodatkiem do ryb. Ma w sobie tyle samo smaku, co szpinak, czyli w gruncie rzeczy niewiele, a jednak i szpinaku i blitwy chce mi się bardzo często. Następny pomysł, to gołąbki w liściach szpinaku, zanim nie urośnie moja własna blitwa balkonowa.
Konstancin już wyjechał, a ja wracam do mojej książki audio, bo akcja zaczyna nabierać tempa. Harlan Coban „Tylko jedno spojrzenie”. A co, lejzi sandej afternun, a od jutra pięć dni urlopu.

sobota, 23 maja 2009

upał

We Włoszech fala upałów. Berlusconiego oblewa gorąc. A tu chłodno i wietrzysko targa drzewami. Osobiście nie lubię upałów, wolę ten nasz kapryśny klimat, dziś 14 stopni, jutro 24, a po jutrze znowu ochłodzenie. Daje to niezliczone możliwości koordynowania przyodziewku. A jaki dreszcz niepewności, czy uda się dziś zrealizować plan outdoor. No i niebo jest ciekawsze, malowane bogatą paletą barw, jakich gdzieindziej nie uświadczysz.
Kiedy w czasach turystycznych Konstancin przyjechał po raz pierwszy do Polski, natychmiast bystrzacha zwrócił uwagę, że w Polsce niebo jest znacznie niżej. Pozornie nie ma to większego znaczenia, poza poetyckim, ale jak się człowiek dobrze zastanowi, to jednak my tu na północy mamy jakby bliżej do sky is the limit. Czego jakoś nie umiemy wykorzystać, ale to temat jest zupełnie inny.
Sporo czasu spędziłam na południu i niebo tamtejsze wydawało mi się nieznośnie nudne, beżowo-niebieskie, niby przezroczyste a mętne zarazem, ale przede wszystkim za wysokie, za wysokie, by na czymś oko zawiesić. Najstraszniejsze niebo zawisło nade mną na wyspie Rab. Miało ono temperaturę w porywach 43 °C, w Grecji tego lata ludzie marli na potęgę, a my jak na złość ten jedyny raz nie mieliśmy klimatyzacji. Taras naszego apartamentu wychodził na południowy zachód. Do godzin przedpołudniowych jakoś dało się tam wytrzymać przy leniwym śniadaniu i wyczynowej kanaście we dwójkę, potem uciekaliśmy do klimatyzowanego samochodu, którym niespiesznie zdążaliśmy do miasteczka Rab. A tam nieznośna, nieturystyczna sjesta, w godzinach 14-16 wszystko pozamykane, nie można nic zjeść, czynny tylko McDonald. Nam się chciało do ryb z rusztu, duszonej blitwy i wina białego. Z ryb z rusztu szczególnie ukochałam zębacza czy kielca, po chorwacku zwanego zubatac.

Kamienne uliczki miasteczka nie dawały chwili wytchnienia. Upał wszechogarniający.
Nocą wstawałam po kilka razy, oblewałam się zimnym prysznicem i mokra wracałam do łóżka, wykorzystując chytrze prawa fizyki, do jako takiego ochłodzenia się.
Znam tylko jeden elegancki przypadek upału.

piątek, 22 maja 2009

śpiewnik domowy

Zahaczyłam dziś znowu o dom moich Rodziców, bo zjechała tam na letnisko moja Ciocia z Zakroczymskiej. Jest to ciocia jak najbardziej przyszywana. Damy zapoznały się 56 lat temu na oddziale położniczym olsztyńskiego szpitala, gdzie każda z nich porodziła po dziecku, w tym mnie. Były to czasy, kiedy papierosy jeszcze nie śmierdziały, nie były rakotwórcze, a palenie ich nie oznaczało braku kultury wyższej osobistej. Jedna z dam miała fajki, a druga zapałki, a że było to za mało, żeby założyć fabrykę, więc ustanowiły przyjaźń, wciągając do przedsięwzięcia swoich mężów oraz dzieci. Syn cioci jest starszy ode mnie o 2 dni, biedulek.
Zaszedłszy tam od razu zauważyłam, że mój chwilowo bezrobotny, 83-letni Ojciec jest śmiertelnie znudzony tymi dwiema babami. Dostrzegłam nawet w jego oku wątło tlące się iskierki tęsknoty za wypowiedziami wielozdaniowymi, byle by nie były to wypowiedzi z dnia minionego. A to niestety dość mocno cechuje wypowiedzi tych wiekowych dam. Tęsknota za wypowiedziami wielozdaniowymi u mojego Ojca jest tym, czym dla Bugu we Włodawie jest liczba 750. Po objaśnienia odsyłam do literatury fachowej.
Wyciągnęłam więc mocno już zużyty śpiewnik domowy i zaintonowałam pierwszą pieśń. Była to aria ze śmiechem, o tym, jak to Ciocia z Zakroczymskiej powiedziała kiedyś, że ten Boni, to bardzo sympatyczny jest człowiek i ona bardzo go lubi. Wtedy wszyscy słyszący śmieją się do rozpuku, Ciocia wypiera się feblika do Boniego, ale my pamiętamy, nie bójmy się tej prawdzie spojrzeć w oczy.
Dla wzmocnienia lekkiego tonu koncertu odśpiewałam dowcip rysunkowy z dziennika cotygodniowego „NIE”, zamieszczony tamże po jakiejś reformie emerytalnej w wykonaniu Boni M. Dowcip przedstawiał gladiatorów pozdrawiających z areny lożę imperatora okrzykiem „Emerituri te salutant”. Czym wywołałam salwę śmiechu u mojego Ojca i Cioci.
Potem były jeszcze pieśni patriotyczne o WiN, Łupaszce, stanie wojennym oraz Jaruzelskim, pierwszej Solidarności i taktownej nienachalności PZPRu wobec naszych rodzin oraz o tym strasznym systemie bolszewickim, który jednak dziwnym trafem pozwalał im żyć po ludzku i nie upominał się specjalnie o daniny.
Zmęczeni tonem podniosłym ojczyźnianym powróciliśmy do lekkiej muzy i Ciocia wtedy oświadczyła, że ona zawsze strasznie mnie lubiła, jak również przepadała za rozmowami ze mną. Podziękowałam pięknie, zaznaczając jednak mężnie, iż nie jest mi wszystko jedno, wśród których jej ulubieńców się plasuję.
Na koniec opowiedziałam im o walce listownej, jaką toczę z LOT oraz szemranym towarzystwem Elvia vel Mondial Assistance, które ubezpieczywszy nas w transakcji wiązanej na podróż do Portugalii, zamiast druku polisy zaproponowało mi, abyśmy się zaopatrzyli w kartkę z informacją w języku portugalskim, że jesteśmy ubezpieczeni, jakby co. Pisząc zjadliwy mail do zainteresowanych z carbon copy do UOKiK odczułam, że jest jedna rzecz na świecie, którą umiem robić najlepiej. To pisanie skarg i zażaleń. Jestem Paganinim reklamacji. Marią Callas zażaleń. I Mozartem skarg. Moje reklamacje są zjadliwe, dowcipne i nietuzinkowe i rzadko pozostają bez załatwienia. A właściwie, to nie jest mi znany taki przypadek.
Tak więc odkryłam swoje powołanie. Zakładam Biuro Pisania Skarg.
Opuściłam dom moich Rodziców w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.

czwartek, 21 maja 2009

fstyd przez duże £

Preambuła :
Ilekroć w miejsce „ł” będę używała znaku „£” oznaczać to będzie, że słowo wymawiam ze s£owiańskim, przedniojęzykowym „ł”, co z kolei ma wskazywać na silne wzburzenie, a to wstyd, a to wściekłość, lub inne negatywne emocje, częste u mnie niestety, bo ja ogólnie dość negatywna jestem. W tychże emocjach autoironia zawrzeć się może też. Ale chyba rzadziej, bom jednak Polka.
§ 1
Trzeba przyznać, że w kontaktach z Konstancinem nie musiałam raczej pełnić funkcji oficera rozrywkowego. To Konstancin dostarczał mi rozrywek, czasami tak mocnych, że porównać je można było tylko do granatu wsadzonego w dupę. Ale ja na rozrywki okazałam się nadzwyczaj odporna. Przypomnę tylko, że oficerem rozrywkowym byłam w stosunkach z moją dawną przyjaciółką H2. Jako ciekawostkę wrzucę tu info, że H2 któregoś dnia, po burzliwej i ulicznej dyskusji na temat mojego intelektu i ogólnego prowadzenia się nagle, po 56 latach przestała być moją przyjaciółką. Zrealizowała tym swoją groźbę, bo kiedyś powiedziała mi, że powiedziała sobie, że już do mnie dzwonić nie będzie. Wtedy ja powiedziałam jej, a co by było, gdybym i jak tak sobie powiedziała. Na to ona chyba nie znalazła szybkiej odpowiedzi, ale po wspomnianym kryterium ulicznym i ja przestałam dzwonić i tym samym stan niedzwonienia utrzymuje się już ze 2 miesiące. Pocieszam się, że zawsze jeszcze mogę do niej napisać list, bo mailowo ona jest nieosiągalna ze względów zasadniczych. A miejsce tego kryterium ulicznego mogę śmiało od tego dnia myślowo nazywać plackiem Pigalle, bo H2 ostatecznie rozpracowała mnie tam charakterologicznie, mając do tego oko, jak jakiś Wilhelm Konrad Roentgen, nie przymierzając.
Wracając do rozrywek to, jako że słowo stało się ciałem i mamy z Konstancinem po bilecie do Lizbony, ja zostałam dedykowana do zorganizowania całej reszty. To jest do zapewnienia akomodacji na 2 pierwsze dni w Lizbonie oraz ustalenia, co należy zwiedzić w Portugalii przy założeniu wyrentowania samochodu. Obiecano mi przymusową wycieczkę do Fatimy, ale ja tam się nie dam uwieź(ś)ć ani za pieniądze, ani pod groźbą utraty życia. Przede wszystkim dlatego, że trzecią tajemnicę fatimską odgadłam sama, na długo zanim została ujawniona i powiedziałbym Wam, co ona w sobie kryje, ale się trochę boję. No i bardzo się boję, że tam właśnie mogłabym się nie bać tak bardzo jak tu. Więc ja, jako bardzo wykszta£cona kobieta zaraz sobie powiedziałam, że trzeba zwiedzić latarnię morską w Faro, bo to przecież cud jest świata. Jakież by£o moje zdziwienie, kiedy okaza£o się w czasie pog£ębiania studiów, że nikt nic nie wie o tej latarni, tak s£ynnej przecież i znanej wszystkim erudytom. Niby jest jakaś latarnia Faro na Teneryfie, co to by£a kiedyś po£udnikiem zero, niby jest gmina oraz miasto Faro w Portugalii, a o tej s£ynnej, starożytnej budowli nic a nic. Po jakimś czasie dopiero zrozumia£am, że z tej wielkiej erudycji wszystko mi się pomiesza£o, bo latarnia i owszem by£a, ale w Faros, a to ca£kiem nie na tym kierunku jest. Fstyd.
§ 2
Wp£ynę£am na suchego przestwór oceanu. G£upoty. ( Teraz się rehabilituję, ergo podsrywam). Czyli weszłam do apteki sieciowej. Traf chciał, że właśnie zadzwonił do mnie telefon. Odebrałam go sobie, jak wolny człowiek z miasta i rozmawiam podchodząc do kontuaru, wdzięcznym skinieniem głowy dając znak aptekarce, że zaraz będę do dyspozycji. Na to aptekarka do mnie, że w aptece nie wolno rozmawiać przez komórkę. Ok, przeprosiłam interlokutora, zakupiłam lekarstwa, ale wiedziona ciekawością techniczną zapytałam, a dlaczegóż to nie można rozmawiać komórkowo.
Na to aptekarka mówi mi, że gdybym dzwoniła do lekarza, to mogłabym, a tak w sprawie prywatnej to nie. Na to ja do aptekarki, że ja do apteki też wesz£am w sprawie ca£kiem prywatnej, mianowicie w sprawie zakupu lekarstw, a apteka to jest sklep z lekami, w którym obecnie zresztą jest więcej nie-leków niż leków i o co chodzi, bo ja dalej nie rozumiem. A poza tym pan, z którym rozmawia£am jest w£aśnie lekarzem. Na to aptekarka mówi, że ( cytuję) „nasz to nie obchodzi, po co pani przyszła do apteki, a rozmowa była prywatna”. Na to ja mówię, że owszem rozmowa by£a prywatna, bo to lekarz jest prywatny, co to ma prywatny gabinet i ja się tam leczę prywatnie. Na to aptekarka znowu swoje, że nasz to nie obchodzi. Na to ja mówię, że mówi się, nas, nie nasz. Na to aptekarka mówi, że i tak nasz to nie obchodzi, na co ja mówię, ale co wasz nie obchodzi, czy to, że ja u wasz wydaję 200 PLN na poważne specyfiki kardiologiczno-hipertensyjne, gdy wko£o nasz i wasz jest tyle innych aptek? Ponieważ aptekarka dalej nie rozumiała, to ja ją cofnę£am do jakiejś lepszej szkoły podstawowej, o czym ją lojalnie uprzedzi£am. Fstyd.
§ 3
Internet w Polsce to jest fstyd.

środa, 20 maja 2009

kronika wpadek lotniczych

Jak w tym starym dowcipie o rozdawnictwie samochodów na Placu Czerwonym w Moskwie, zamiast pociągu do Wiednia na Rembrandta, zakupiliśmy sobie z Konstancinem pięciodniowe fado w Lizbonie. Na razie pewny jest tylko lot, wynajdowaniem taniego noclegu mam zająć się ja. Może to się skończyć koczowaniem na ławce w parku, ale to też jest jakaś przygoda. O tyle łatwiejsza, że pod opiekuńczym skrzydłem ciepłego prądu oceanicznego, póki nie ostygł wskutek globalnego ocieplenia. Prąd jest ostatnio zalecany kobietom, jeśli można się oprzeć na radach Stefana Meszki Niesiołowskiego, tego starego nerwowego pajaca i podpalacza pomników ze spiżu.
O dalszym rozwoju planów, a raczej wypadków, będę informowała na bieżąco, bo dziś przez chwil kilka i kilka maili byłam już w Barcelonie, ale okazało się, że cena zapierająca dech w piersiach na stronie pierwszej wyrażona była w PLN, a na stronie kolejnej, tej od potwierdzeń, zamieniła się nagle w Euro, kwotowo pozostając bez zmian. Tak, jakby był tam jakiś mag i zamienił w kanie zwykłą wodę w jakieś porto, nie uwłaczając.

wtorek, 19 maja 2009

poniedziałek, 18 maja 2009

w ogrodzie głupców, Łódź-Bałuty

Jestem bouleversé dzisiejszym doniesieniem prasowym o kolejnym ekscesie gówniarzy ze szkoły średniej wobec nauczycielki angielskiego. Nie wiem, co się stało z tymi dzisiejszymi gówniarzami, ale cokolwiek się stało jest to rzecz niesłychana.
Dramatis personae w każdym przypadku to nauczyciel, aparat cyfrowy i uczniowie. Drogą kolejnej eliminacji wychodzi mi, że nie można obwiniać nauczyciela, jakkolwiek słabą miałby osobowość, bo do tego zawodu wszak nie wymaga się herosów. Aparat cyfrowy to tylko bezmyślne narzędzie. Zostają nam uczniowie, czyli wzmiankowani wcześniej gówniarze. Gówniarze są ulepieni z gliny, którą najpierw urabiali w swych łapskach rodzice i to ich w pierwszym rzędzie zaczynam winić za to straszliwe, niesłychane zdziczenie obyczajów, które zresztą obserwujemy wokół siebie i nazywamy skrótowo polskim chamstwem.
Za moich czasów wejście nauczyciela do klasy oznaczało, że od tego momentu w pomieszczeniu znalazł się człowiek, często stary i chuderlawy, często z pewnymi mniej lub bardziej zabawnymi dziwactwami, ale jednak człowiek-władza, człowiek-autorytet. Z definicji, z boskiego nadania, z zasady. Co więcej, oznaczało to, że do klasy wszedł człowiek, który wie, a my-nie. On wie i to było coś. To takie proste.Nie zastanawialiśmy się nad tym wiele. W domach nie było dyskusji nad tym, czy nauczyciel miał rację, czy jest mądry, czy jest głupi, czy dostał się do szkoły drogą selekcji negatywnej, czy z wyboru. To jego sprawa i innych gówno to obchodzi, jakie były jego motywacje. Rodzice trzymali z nauczycielem wspólny front. Jak nauczyciel powiedział, że Jankowska się nie uczy, więc nie umie, to rodzic nie twierdził, że Jankowska umie, bo się uczyła, a nauczyciel jest uprzedzony albo steruje na korepetycje. Korepetycji zresztą też nie było. Ostatnie korepetycje, o których słyszałam były chyba u Żeromskiego oraz u nauczycieli rysunku dla wybierających się na architekturę. W liceum nie było złych uczniów. Byli dobrzy i wybitni, bo źli odpadali sami. Rezygnowali wiedząc, że nie dają rady. Odrabialiśmy lekcje, codziennie mieliśmy bardzo dużo zadane i cholernie się stresowaliśmy przed klasówkami. Tak było i tak powinno być dziś. Teczki były ciężkie, a książki były tanie i z tego samego podręcznika uczyło się kilka roczników, zanim książka się nie rozpadła. Było dużo lektur obowiązkowych i równie dużo nadobowiązkowych, ale jednak wymaganych. Codziennie miałam po 6-7 lekcji, uczyłam się też w sobotę, a po godzinie 20-tej nie wolno mi było przebywać na ulicy bez opieki osoby dorosłej. Nosiło się tarcze i mundurki szkolne i choć według obecnych historyków w PRL była bieda, to rodziców było stać na te mundurki, teczki i tym podobne szkolne utensylia. I jakoś nikomu nie przychodziło do głowy, żeby myśleć, że jesteśmy przepracowani, zestresowani, nie mamy wolnego czasu, nasze prawa są nieprzestrzegane. Mieliśmy prawo i obowiązek uczyć się, a poza nielicznymi wagarami, najcięższym przewinieniem uczniowskim było taktyczne zapomnienie zeszytu, jeśli wyjątkowo nie odrobiło się lekcji.
No więc co się stało?
Nie mam pojęcia. Lecz dziś hymnem maturzystów jest piosenka pt. „Lemon Tree” w wykonaniu ansamblu o nazwie Ogród Głupców. Signum temporis.

niedziela, 17 maja 2009

28º04’33.08”N 16º44’00.44”O



bo zbliża się lato

... i tak sobie myślę, a jakby znowu tam pospacerować?

zioło ziół

Konstancin ujechał, a ja układam traktat o najpiękniejszym z ziół. O koperku. Weekend minął nam pod hasłem globalizacji i koperku. Z koperkiem była duszona na oliwie młoda kalarepka i ogórki z oliwą i sokiem z cytryny. Z koperkiem było wiosenne pâté z sera, szczypiorku, ogórka i jajek mole, z koperkiem była sałatka z rukoli, na oleju z pestek z dyni i z octem balsamicznym, z koperkiem była też pieczona delikatna młoda cielęcina, jeszcze pachnąca mlekiem. Koperek jest potęgą. Ciekawe, że w krajach południowej Europy koperku się prawie nie widuje. W Słowenii ledwo go można było znaleźć, a Słoweńcy lubią się uważać niemalże za Włochów Słowiańszczyzny. We Włoszech zresztą też, zielona pietruszka i owszem, zwłaszcza w kuchni domowej. Ale koperku tam sobie jakoś przypomnieć nie mogę.
W międzyczasie odwiedziliśmy moich Rodziców perorując o światowej rewolucji, która oswobodzi ludzi ze zniewolenia, bo gdy demokracja umarła, człowiekowi prostemu zostały już tylko kredyt hipoteczny i butelka z koktajlem.
A tymczasem koperek to zioło nad zioła.

sobota, 16 maja 2009

cie(ń)ki suplement


"Tylko ktoś, komu został ledwie tydzień życia, zdolny jest tak marnować czas, jak ja go trwoniłem w tamte dni"

Akapit ten miałby sugerować, że główny ( pozornie ) bohater powieści został przez autora przewidziany do zabicia. W ramach dalszego odtajniania fabuły informuję uprzejmie, że Daniel zostanie tylko postrzelony, ale wyżyje, ożeni się z Beą oraz będzie się cieszył życiem, a swego dziesięcioletniego syna Juliana zaprowadzi na Cmentarz Zapomnianych Książek. I tak to powstała prawdziwie genialna pod względem pomysłu i mistrzowska formalnie klamra spinająca powieść w swego rodzaju rondo.
A z tym cmentarzem zapowiadało się tak ładnie.

piątek, 15 maja 2009

a jednak nie

Jakoś nikt nie chce podjąć tematu chuci, a temat jest jak rzeka wezbrana niebezpieczny. Zwłaszcza ci, którzy temat wywołali, mogliby jakoś odnieść się do sprawy, albo choć do tekstu przeuroczego o chuci niszczącej.
Zwykle ja tu piszę o samych bzdetach. Ale teraz będzie na poważnie i od chuci niedaleko. Wyznam tajemnicę.
Na stronie trzysta pięćdziesiątej pierwszej książki "Cienias wiatru" znalazłam pierwszy z ważnych elementów rozwiązania rebusu, któremu autor poświęcił stron 447. Element ten przeczułam już przed stroną setną, ale czekałam cierpliwie.

Penélope i Julián są rodzeństwem.
A zabity został nie Julián Carax, a jego przyjaciel Miquel Moliner, złożywszy siebie w ofierze na ołtarzu przyjaźni. Cwaniak miał i tak przed sobą tylko 2 miesiące życia. Gruźlica.

"Cienias wiatru” jest melodramatem rozwleczonym w czasie niemalże pięćdziesięciu lat, z elementami bardzo niekompletnego spisu ulic Barcelony. Głównie dzielnicy Raval i Eixample oraz wzgórza Tibidabo. Mamy tam młodzieńczą chuć i rodzinną zbrodnię, czyli to, co lubimy najbardziej. Ajajaj, a w dwóch akapitach mamy nawet coś, co wygląda jak kronika zapowiedzianej śmierci. Ale ja jeszcze nie doszłam do finału tej kroniki.
Czym zachwyciły się te miliony ludzi na całym świecie? Żeby jeszcze pensjonarki jakie. Ale książkę rekomendowali mi mężczyźni! Może, kiedy wszystko jest na pokaz, o wszystkim się pisze bez wstydu czy powiek opuszczenia, ludzie pragną tajemnicy głębokiej, jak zamurowana piwnica z dwiema trumnami białemi, pokrytymi welonami kurzu? No to tajemnicy już nie ma.
Ludzie, nie idźcie tą drogą, nie czytajcie tego gniota.
Idę kończyć, może dziś mi się uda. Zostało ze sto stron. Bo jakoś jestem w nastroju do kończenia.
P.S. Język przekładu powieści. Mocno niekonsekwentny w stylu, bardzo mnie raziło pomieszanie pompatyczności, wielopiętrowej sztuczności i marnej próby dowcipu z wyrażeniami wręcz z blogów wziętymi, z bardzo dzisiejszej, dość młodzieżowej polszczyzny. Bo jakże można pisać, że na komodzie stały figurki świętych w ilościach przemysłowych. A grupę starszych, dobrych i bogobojnych kobiet, opiekujących się poturbowanym, samotnym mężczyzną nazwać komandem sąsiadek. To niestosunek formy do treści. Chyba że w jednym z blogów na mojej liście wszyscy czytali "Cieniasa". Ale byłabym zdziwiona.

czwartek, 14 maja 2009

à propos chuć


Spójrz – jak ludzie z uczucia wyzuci
niskiej chuci oddają się w ucisk.
Jak łódź chuci
ich nieraz wyrzuci
na życia dno –
gdzie giną, bo
zepsuci.
Z drogi tej czym prędzej wróć
i w uczucia wsiadaj łódź!

Uczucie – nie wiesz,
jak ono zdobi.
Uczucie z ciebie
Petrarkę zrobi.
Dajże dziewczynie
z tych rzeczy coś wynieść –
uczucia ty nie
poskąpiaj jej.
Uczucie sprawi,
że zachwyt dławić
cię będzie na widok
zwykłych zjawisk.
Panowie, panie!
Uczucie – tanie
i każdy w stanie
jest żywić je.

Więc rzuć,
rzuć chuć!
I miast żyć chucią,
ku uczuciom
ty się zwróć!

Więc rzuć,
rzuć chuć!
I miast żyć chucią,
ku uczuciom
ty się zwróć!

chciwość a kuchnia polska

Słońce świeci, zimno, jak na przystanku na Alasce, a ja głodna cały dzień. Jest pewien proces, którego nie umiem powstrzymać. Chodzi o proces niepokojącego przybierania masy. W celu powstrzymania procesu przestałam jeść. Niestety wczoraj musiałam odbyć wizytę u moich Rodziców. Była to wizyta na żądanie. Zadzwoniono do mnie z pretensją, że jak jest Konstancin, to przychodzimy codziennie, a jak go nie ma, to nie ma i mnie. Fakt. Ale Konstancin wsadza nos w jakąś historyczną mapę, Ojciec wsadza w drugą i tak sobie patrzą i gadają o historii. Ja nie lubię historii i geografii, bo mi się też źle kojarzy z mapami, nie lubię i już. Mnie interesuje bardziej moda, a w szczególności torebki i buty. Bo ja blondynka mentalna jestem.
Poszłam jednak na tę wizytę na żądanie, a Mama przygotowała specjalnie dla mnie pilaw. Pilaw w moim domu zwany jest potrawą gruzińską i wprowadziła to danie do naszego menu moja Babcia matematyczka. Moja Maman coś mi chyba podsypała do tego pilawu, bo nie dość, że zjadłam półtorej porcji, to jeszcze po ucieczce do domu zapadłam w czternastogodzinny sen błogi a słodki. Zanim jednak uciekłam, odbyłam z moim Ojcem krótką dyskusję o wyższości wypowiedzi jednozdaniowych nad wypowiedziami dwuzdaniowymi. Wypowiedzi więcej niż dwuzdaniowych my w ogóle nie przewidujemy, że mogą wystąpić. Z przyjemnością odnotowuję, że w dyskusji tej osiągnęliśmy absolutne zrozumienie wzajemne oraz całkowite niezrozumienie ze strony mojej Mamy i Córki.
Za to dziś postanowiłam zjeść coś polskiego i lekkiego, bo dziś w mojej ulubionej restauracji Różana Cafe dają 50 % rabat w porze obiadowej. Jak to gdzieś zostało napisane, ja nie jestem materialistką, ale za złotówkę to bym mogła zabić, a co dopiero połasić się na 50 procentowy rabat. I tak to za całe 15,50 złotych polskich zjadłam chłodnik z jedwabistym purée ziemniaczanym ze skwareczkami z bekonu oraz ozorki w sosie chrzanowym. Do tego pobrałam kieliszek wytrawnej nalewki żurawinowej, za osobne 12 zł.

Całodzienne niejedzenie oraz takie uderzenie kuchni polskiej w mój pusty żołądek zaowocowało tak strasznym bólem, że przestraszyłam się nie na żarty. Całe szczęście, że miałam ze sobą w-a-l-k-m-a-n-a z „Cieniem wiatru”, co skutecznie odwróciło moją uwagę od bólu i dało mu czas na odejście precz, ale strach pozostał.
„Cień wiatru” coraz bardziej okazuje się cieniasem wiatru, nie bardzo wiem, czym tak się ludzie zachwycali. Ale wytrwam.

hihihi

Niestety nie mogę na fabryce umieszczać komentarzy do postów. Ten chichot jest do posta Good morning :)
Odrobina draki lub skandalu jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
Na innych blogach-to się dopiero dzieje!
P.S. Jedyna znana mi postać, która jako anonim zrobiła niekwestionowaną karierę, to jeden Gal. Czy da się z tego wyciągnąć jakieś wnioski?

bogatego to i diabeł ochrzci

Otrzymałam dzisiaj pogodną wiadomość o mega nadpłacie na moim rachunku za wodę ciepłą i zimną. Oszczędności te powstały w sposób dla mnie niezrozumiały, choć muszę przyznać, że ponieważ ja się mało brudzę to i mało myć się muszę. Może tu jest kwiat mego sukcesu. Podzieliwszy się tą radosną nowiną z pewną młodą damą otrzymałam w zamian opowieść, jak to znakomicie powodzi się jej mężowi, kelnerowi w jednej z hotelowych restauracji, gwiazdek trzy. Poznać nic po sobie nie dałam, ale przyznam, że wstrząśnięcie było i zmieszanie. Ale, człowiek mądry i praktyczny z każdej traumy wyciągnie jakiś pożytek dla siebie, tak i ja zrobiłam.
Od jakiegoś czasu zastanawiałam się, czy istnieje dla mnie jeszcze jakaś przyszłość w dowolnym przemyśle. Wyniki tych rozważań nie były tak pogodne, jak wiadomości od dostawcy wody. Aż tu nagle wtem przyszło olśnienie. Olśnienie to oczywiście ma ścisły związek z edukacją, jaką posiadłam dziś na temat złotodajności kelnerowania. Kelnerką to ja zostać nie mogę, bo rączki i nóżki mam małe, nóżki dodatkowo słabe są też. Choć niczegowate. Ale jest jeden taki przemysł, w którym walory moje oraz wiedza mogłyby okazać się przydatne.
Przeczytawszy penta-coś tam Krajewskiego, obejrzawszy kilka arcydzieł kinematograficznych oraz przeżywszy z kilkoma mężczyznami to i owo, w tym dramaty i farsy i rozkosze, posiadłam dostateczną wiedzę na temat tajników duszy męskiej. Sama dyscyplina naukowa nie jest szczególnie rozległa, jak nie może być rozległa wiedza o gotowaniu na gazie. Wszystko to razem wzięte upewnia mnie, że posada, którą mam na myśli jest dla mnie stworzona. Albo wręcz odwrotnie, to ja jestem stworzona do tej posady. Tylko jeszcze retusz brwi na bardzo czarno, czerwone szminki i włosów blond już posiadam, więc bez dodatkowych szkoleń wiem, że mogę aplikować o stanowisko burdelmamy. Bo przecież nie bufetowej, krucafux.

wtorek, 12 maja 2009

no więc tak, mam ten komfort

W zasadzie, to nie chcę wyglądać na kwaśną babę, którą wszystko wkurza. Ale z drugiej strony jak tu się nie wkurzać. Spóźniłam się wytwornie 15 minut, ale sumitując się wdzięcznie, zwaliłam ten akt niesubordynacji na wysokie obcasy i podeszły wiek, które wspinaczkę na II piętro restauracji SIOUX uczyniły wyzwaniem na miarę Q1. Za karę zostałam przedstawiona wszystkim szefom, jako Ania i zmuszona do wymiany szejkhendów, bez mojej w tym inicjatywy. Okazało się, że tym moim nieodpowiedzialnym wtargnięciem przerwałam przemówienie szefa szefów, lat na oko 38, ładna twarz. Posadzono mnie u szczytu stołu, nie z szacunku, a dlatego, że było to miejsce ze wszech miar najgorsze. Nie sądzę zresztą, aby ta hałastra znała hierarchię miejsc przy stole i zasady rozsadzania, usadzania, czy jak to się tam nazywa. Przemówienie pokrótce wyglądało tak, że szef szefów podziękował nam za ałtstending skor w Q1, przedstawił wju na następne Q, jak sądzę Q2, Q3 i Q4, w ogólnym zarysie poinformował o nowym bakecie produktów oraz ostrzegł, że idą zmiany. Zmiany na gorsze of kors i to będzie czelendż, ale nie ma się czego bać. Podszef szefa szefów potakiwał głową z dużym zrozumieniem, inni mieli głowy spuszczone nieruchomo i tylko ja rozglądałam się ciekawie. Natychmiast wyłowiłam z tłumu cztery antypatyczne piczki z Warszawy i jedną sympatyczną. Ta najbardziej antypatyczna siedziała nekst to mi, po mojej lewicy. Kiedy wydawało się, że przemówienia dobiegły końca postanowiłam, że będę miła konwersacyjnie dla mojej sąsiadki z lewej. Zapytałam otóż antypatyczną piczkę skąd jest, bo byłam pewna, że ona jest pewna, że ja jestem pewna, że ona jest jedną z direktrissek z Warszawy. Na moje przyjazne pytanie padła odpowiedź, że jest zewsząd. Wtedy ja się zdziwiłam i odpowiedziałam skromnie, że nie jest mi znany drugi taki przypadek. Na tym konwersacja w tej części salonu zamarła. A tymczasem przemówienia oraz forum ekonomiczne trwało dalej i takim to sposobem niepostrzeżenie i niechcący znalazłam się przy jakimś podstoliku w Davos. Na szczęście nadszedł kelner z zapytaniem, co piję. Jak też Żyd odpowiedziałam pytaniem, czy można dżin z tonikiem. Można było. Potem była prezentacja indywidualnych osiągnięć liderów, wręczanie dyplomów oraz oklaski i siting owejszn. Jedna młoda aktywistka została nazwana rajzing star. W tym czasie ja zjadłam kawałek grillowanej piersi z kurczaka oraz porcyjkę sałatki zwanej grecką. Następnie zaczęła się prawdziwa zabawa, czyli karaoke. W repertuarze była między innymi jakaś szanta „Hiszpańskie dziewczyny” oraz piosenka „Dżaga”. Piosenka ta poraziła mnie bezpretensjonalnością tekstu, więc zapytałam, co to jest. Dowiedziałam się, że to śpiewa Doda. Szczerze mówiąc nigdy nie słyszałam, jak Doda śpiewa.
Trochę starszy personel żeński mojej fabryki poczuł się tak zniesmaczony, że tuż przed północą damy te, skądinąd matki dzieciom, udały się do pobliskiej dyskoteki w celu odnowy biologicznej. Lokalni fordanserzy nabrali przekonania, że to jakieś dyrektorki fabryk przyszły się odprężyć po ciężkiej pracy w ołwertajmie, czyli zjawisko socjologicznie jest rozpoznane.
A ja sobie myślę, co by to było, gdyby ludzie tego pokroju, czyli zaprzedani aktywiści służyli w jakiejś totalitarnej organizacji. Ależ co ja za głupoty opowiadam! Oni wszak służą w totalitarnej organizacji.

poniedziałek, 11 maja 2009

good morning



Z wrodzoną złośliwością polubiłam tę prościutką piosenkę i chętnie z nią zaczynam dzień. A szeroki uśmiech na mojej twarzy, biorący się z głębokiego zrozumienia tekstu w warstwie lingwistycznej, czy jak to się tam nazywa, odsłania wszystkie moje zęby jadowe.
Natomiast poranny eksperyment z publikowaniem video z youtube via email należy uznać, za częściowy sukces, czyli totalny fakap.
A teraz zrobię sobie prywatną listę energetycznych przebojów damskich.



I jeszcze to :



I jeszcze to :



W końcu idę dziś na kolację z karaoke, może będzie coś poza "Una paloma blanca" i przebojami ABBY.

niedziela, 10 maja 2009

wiatr-całodobowo

Cały dzień walczę z wiatrem. Walczę z Cieniem wiatru i z wiatrem za oknem. Walkman sprawdził się stuprocentowo, obudziłam się tak gdzieś koło drugiej, wydłubałam słuchawki z uszu, wyłączyłam urządzenie i spałam dalej. Dziś od rana słucham. Ponieważ jednak moja koncentracja przy słuchaniu ma to do siebie, że daleko jej do doskonałości ( słynę z tego, że słyszę, choć nie słucham ), postanowiłam poszukać ebooka, żebym nie musiała po uświadomieniu sobie nieciągłości uwagi, cofać odtwarzacz do początku rozdziału. Nie wiedziałam o tym, ale mp3 w moim odtwarzaczu nie daje się tak płynnie sterować jak plik DVD. Gdzieś tak powyżej strony 100, co stanowi 25 % dziełka, uświadomiłam sobie, że właściwie dalej nie wiem, co się wydarzy w tej opowieści. Ni to romans, ni to powieść historyczna, ni to powieść sensacyjna. Jest ledwie zapowiedź jakiejś tajemnicy, ale nie bardzo wiadomo, w którą stronę to pójdzie. Pisana jest językiem lekko napuszonym i nagle padają wtręty jak najbardziej współczesne, wręcz kolokwializmy młodzieżowe, i to nie w dialogach, a w części narracyjnej. Wątpliwa to chyba zasługa pary tłumaczy. Rzecz dzieje się w świecie książek, co przywodzi na myśl skojarzenia z "Imieniem róży" i dzieje się w pięknym mieście, którego tajemnice niby odkrywamy, ale jednak dosyć mało mi tej Barcelony. Ale miłe są mi te wszystkie nazwy i miejsca, które znam, pamiętam, bo byłam tam całkiem niedawno i chciałabym wrócić. Plaça Catalunya, Barri Gòtic Plaça Reial, Passeig de Gràcia, Rambla de Santa Mònica, wzgórze Tibidabo, Wzgórze Montjuïc i przedziwny na nim cmentarz, którego zdjęcie zrobiłam z okien autokaru.

I tak mogłabym jeszcze mnożyć. Ciekawe, że nazwy ulic występują w książce w wersji kastylijskiej, co jest jawną zdradą wobec katalońskiej Barcelony, tym bardziej, że autor przynajmniej z urodzenia jest Katalończykiem.
Póki co, zrobiłam sobie przerwę na 202 stronie, bo i tak czeka mnie jeszcze zabawka do łóżka.

sobota, 9 maja 2009

zabawka do uszka

Słuchanie książek w wersji audio bardzo mi przypadło do gustu. Przywołuje to pamięć dawnych dni, gdy słuchowisko, teatr czy książka czytana przez wybitnego aktora była w polskim radiu codziennością. To był wspaniały fitness dla wyobraźni. Ale niestety w pozycji horyzontalnej wytrzymuję tylko jakieś 2 rozdziały, to jest około 15 minut. Wygląda na to, że zabawa ta działa na mnie tak, jak niedawno działała filmowa kolekcja z Panną Marple. Szkopuł w tym, że odtwarzacza DVD nie mogę zabrać ze sobą do łóżka, tak więc nie mogę używać książek audio jako substytutu StilleNacht, w przypadku pojawiających się jeszcze czasem kłopotów z zasypianiem. Ale od czegóż nowoczesna technika i moje pieniądze. Postanowiłam kupić sobie ipoda. Zasnąć ze słuchawkami na uszach, to da się wytrzymać w nadziei, że same wypadną. Ipod. To była pierwsza myśl, pierwsze skojarzenie, funkcja-nazwa własna, jak bicykl-rower. Bez przeprowadzania wcześniejszych studiów wybrałam się do sklepu. Przeprowadzanie takich studiów w przypadku zakupów o niewielkim rażeniu cenowym nie ma najmniejszego sensu. Wybór jest za duży, porównywanie funkcji, cen i przymiotników użytych do opisywania przedmiotów może człowiekowi zaburzyć tok myślenia, a z pewnością oznacza także znaczną utratę czasu. Czasu, który po zakupie zabawki jest potrzebny do jej intuicyjnego rozgryzienia, co w końcu może się nie udać i wtedy potrzebny jest jeszcze czas na zrozumienie instrukcji obsługi w języku polskim. To często też się nie udaje i wtedy sięgamy do naszych bogactw naturalnych, czyli pokładów znajomości języków obcych. Prawdę mówiąc pokłady te czasami okazują się nieeksploatowalne, bo siedzą zbyt głęboko.
Na miejscu okazało się, że wcale nie chcę ipoda, potrzebny mi walkman. Do walkmana mam szczególny stosunek emocjonalny. I po prostu uwielbiam, jak ktoś przy mnie wymawia tę nazwę fonetycznie, czyli „w-a-l-k-m-a-n”. Nie ma w tym cienia złośliwości. To jest jak wspomnienie dawnej, minionej, a może nawet pierwszej miłości. Umarły kasety, umierają płyty CD, a walkman żyje sobie dalej. A jak walkman, to Sony. W dodatku, jeśli wierzyć napisowi na opakowaniu, walkmana tego nie wykonały małe, dziecięce chińskie rączki, tylko nieco większe rączki japońskie.
Kiedy już sczardżowałam moją Mastercard i zainstalowałam się w kawiarni i odpaliłam piccolino przyszło opamiętanie. Zaczęłam poszukiwać reviews. I wpadłam w przerażenie. Recenzenci piszą, że wadą zabawki jest brak ładowarki do akumulatorka w zestawie. Pot mnie oblał to zimny, to gorący na przemian. Co ja do cholery zrobiłam! A co, jak po 45 godzinach nasłuchu akumulatorek się rozładuje? W panice i gorączce, drżącymi rękami zaczęłam rozpakowywać przedmiot i poszukiwać instrukcji. Uff! No charger required. Bestia ładuje się z baterii komputera. Oto dlaczego przestrzegam, przed czytaniem recenzji.
Małe rzeczy kupuj bez większego zastanowienia.

piątek, 8 maja 2009

dasz wiarę, dasz siłę, darz bór


""Drodzy,

Nie znamy jeszcze wielu wynikow koncowych dlatego nie będę ubierala w cyfry tego podsumowania.
Jedank chce wyrazic swój ogromny podziw i uznanie WSZYSTKIM WAM za walke w ostatnich dniach miesiaca.
Na poczatku ubieglego tygodnia malo kto miał nadzieje, ze "wyprowadzimy" wynik tak wysoko.To nie pierwszy raz kiedy dajecie mi wiare i sile, kiedy czuje, ze niezaleznie od wszystkiego MOGĘ NA WAS LICZYC !
Jestescie wyjatkowym ZESPOLEM a dla mnie - PRAWDZIWIE WARTOSCIOWA nagroda ...
BARDZO WAM DZIEKUJE za ciezka prace w tym trudnym dla nas WSZYSTKICH miesiacu.
""

Zakończył się ciężki tydzień. Tydzień, w którym poznałam nudę w sensie biblijnym. Nic to doprawdy nie znaczy, niech będzie, że zaślubiłam nudę i już mnie ona, ta nuda nie opuści. Nudę przerywała tylko seryjna przemysłowa korespondencja, która mnie nie dotyczy, bo ja mam indywidualny tok nudy, ale maile do mnie napływały seriami jak z uzi. Na koniec przyszło to, co powyżej. A na koniec końców przyszła jeszcze informacja, że na okoliczność siły i wiary zapraszają nas wszystkich do obowiązkowego udziału w kolacji z szefem szefa i szefem szefa szefa oraz innymi bardzo ważnymi osobami. Frekwencja oczywiście 100 procentowa. Zapytałam nieśmiało i na niskim szczeblu, czy można zrobić sto parę procent frekwencji, to zabiorę rodziców i córkę z zięciem. Odpowiedzi się nie doczekałam. Od kolacji może uwolnić tylko nasz własny akt zgonu, potwierdzony notarialnie. Zgon też powinien nastąpić w obecności notariusza, żeby notariusz miał komfort poświadczania prawdy. Kolacja odbędzie się w lokalu sieciowym SIOUX, gdzie dają frytki, żeberka, korniszony i karaoke, czyli jest to restauracja tematyczna country&western. Pójdę, nie odmówię sobie przyjemności oglądania scen pornograficznych jak to szefowie robią symboliczną laskę szefowi szefów. Tylko żeberek nie tknę, bo zagrypione.
Ale dziś jest weekend. Cały weekend jest mój i zrobię z nim, co będę chciała. A chcę wysłuchać płyty „Cień wiatru”. To 19 godzin zabawy, o ile mnie nie znudzi.
Mam też napisać paszkwil do pewnej gazetki opozycyjnej, bo zaangażowałam się w ruch obrony praw spółdzielcy i internauty osiedlowego. ROPSIO. Nareszcie mogę pisać paszkwile za pieniądze. Chodzi o 34 złote miesięcznie. O tyle mój ISP podniósł opłatę za korzystanie ze spółdzielnianej sieci LAN, bez żadnego powodu, ot tak po prostu. A jam spółdzielca jest, czyli właściciel.
I jak tylko zaczyna się weekend albo mój urlop to mój niezidentyfikowany sąsiad dewiant zaczyna wiercić w ścianach jakąś taniutką wiertarką z Żabki albo innej Biedronki. Przepraszam, ale muszę go zabić.


czwartek, 7 maja 2009

„gdybym ja pozostał wiecznie młody, a obraz się starzał”

Skończyłam wreszcie wczoraj z Dorianem Grayem. Były chwile, gdy rzecz wydawała się nieznośna, irytująco przegadana, odpychająco XIX-wieczna. Pełne paradoksów bon moty lorda Henryka Wottona sztuczne, wydumane i nie dość zrozumiałe, a szczegółowe opisy wnętrz, tkanin, mebli i kwiecia, tak - właśnie kwiecia, jakieś „babskie” i nudnawe.Ciekawe, że dopiero teraz odniosłam takie wrażenie, jakby lata siedemdziesiąte XX wieku, kiedy czytałam to po raz pierwszy, były bliższe epoce Wilde’a, niż nasz rok 2009 latom siedemdziesiątym.
Zrozumiałam jednak, że wrażenie to wzięło się z czegoś innego. Od jakiegoś czasu żyjemy w cywilizacji skrótu i brzydoty. Co do skrótu. Wszelkie zdania trochę bardziej podrzędnie złożone, wszelkie przymiotniki dokładniejsze niż „super” lub „ekstra”, pisane przez „x”, wszelkie szczegółowsze opisy angażujące wiedzę i wyobraźnię są niemożliwe do użycia i zrozumienia w naszym XXI-wiecznym ogrodzie głupców. W XXI wieku nie opisujemy rzeczy i uczuć, kształtów i barw. Wystawiamy im oceny, noty lub emotikony. Słowa są za długie, więc używamy skrótów.
A co do brzydoty. Rozejrzyjmy się wokół, wszystkie te drukowane t-shirty, obwisłe spodnie z milionem kieszeni i patek, sportowe buty, zwane adidasami, wystrzępione dżinsy, cała ta krzykliwość lub vintage są tryumfem brzydoty nad harmonią, pięknem i symetrią. Co prawda ojciec mój powiedział mi kiedyś, że symetria jest estetyką głupców, ale wiem, że chciał się na mnie zemścić za krytykę swojego pomysłu. Ale ja dalej wierzę w symetrię, bo to równowaga i podstawa ładu.
I w tej cywilizacji brzydoty wszyscy mamy być Dorianami ?
Niestety nie mogłam powstrzymać się od przytoczenia jednego z wielu świetnych dialogów.
"-Harry, ty nie rozumiesz, czym jest przyjaźń lub wrogość. Lubisz wszystkich, to znaczy, że wszyscy są ci obojętni.
- Jakaż to niesprawiedliwość z twojej strony! - zawołał lord Henryk, odsuwając w tył kapelusz i wznosząc oczy ku chmurkom, które niby splątane kłębki białego, lśniącego jedwabiu mknęły po wklęsłym turkusie letniego nieba. Tak, strasznie jesteś niesprawiedliwy. Robię ogromne różnice między ludźmi. Wybieram sobie przyjaciół dla ich piękności, znajomych dla ich dobrego charakteru, a wrogów dla ich bystrej inteligencji. Człowiek nie może być dość oględnym przy wyborze swych wrogów. Ja nie mam ani jednego, który by był głupcem. Wszyscy są ludźmi o wybitnym intelekcie, więc wszyscy mnie doceniają. Czy to świadczy o wielkiej próżności? Zdaje mi się, że jestem trochę próżny."


Muszę się nad sobą poważnie zastanowić. Przyjaciele moi, o ile w ogóle ich mam, nie są piękni, a wrogowie są leniwymi i podłymi głupcami. Jakżesz to źle o mnie świadczy.

„A piękność jest formą geniuszu, piękność jest czymś więcej niż geniusz, gdyż nie potrzebuje komentarza. Należy do wielkich faktów świata jak słońce, wiosna lub odbicie w ciemnych wodach owej srebrnej łuski, którą nazywamy księżycem. Wątpić w nią niepodobna. Posiada boskie prawo panowania. Książętami czyni tych, co ją posiadają.”
Inny Dorian

wtorek, 5 maja 2009

5 maja, urodziny Karola Marksa

Dzień tak wiekopomny zasługuje na szczególną oprawę. Tak się i stało. Pierwej udałam się na zupę koperkową z kluseczkami kładzionymi za całe 5,90 zł miseczka. Następnie poszłam się zrewitalizować w bibliotece publicznej, której byłam kiedyś wielkim darczyńcą, gdy jej oddział mieścił się jeszcze na moim podwórcu. Oddział się zlikwidował, a w lokalu urządzono tzw. Małpi Gaj, czyli kinder ballroom. O mores! W kartotekach mnie już nie było, za to pani bibliotekarka przypomniała mnie sobie po chyba 10 latach. Punkt dla mnie. Wizyta moja rewitalizacyjna miała za cel wypożyczenie odkrytej wczoraj ostatniej powieści Friedricha Dürrenmatta „Dolina pomieszania”.
Bo, o dziwo, znajdowała się w olsztyńskich zbiorach. Poszukiwania tej książeczki zajęły mi dziś sporą część working hours, dzięki czemu nie wpadłam w stan totalnego wkurwu, jak to miało miejsce wczoraj. Opcją dla miejskiej biblioteki było zakupienie książeczki w antykwariacie Xięgarni Polskiej Burggasse 22, A-1070 Wien, Austria, za jedyne 18,86 €. A tu w Olsztynie dają za darmo, jeśli nie liczyć taksy 5 zetów za kartę biblioteczną, ale za to z chipem, bądź co bądź. Kiedy już książeczka znalazła się w moich łapach zawyłam ze szczęścia, bo dziełko liczy sobie raptem 135 stron formatu 125x197 mm, bo nie znam się na arkuszach wydawniczych. A i druczek jest sporawy. Nic tak mnie nie uszczęśliwia, jak cienkie książeczki, bo ja jednak stanowczo wolę iść na ilość. Dodatkowo wyposażyłam się w płytkę z książeczką czytaną „Cień wiatru” jakiegoś Carlosa Ruiza Zafóna. Wpychano mi tę powieść siłą, kiedy się rozniosło, że wybieram się do Barcelony, ale biada tym, co mi próbują coś wepchnąć. Jestem jak Stalingrad, nie można mnie zdobyć w taki sposób.
Następnie udałam się do pobliskiej kawiarni staromiejskiej z położenia i nazwy, gdzie wciągnęłam gorącą szarlottę z rabarbarem pod cienką bezą i zabrałam się do czytania. Kochany ten Dürrenmatt. Piszą na okładce: ”Lektura obowiązkowa dla przekornych i tych wszystkich, którzy chcą się takimi stać”. My man! Poczytałam stroniczek kilka, zaryczałam śmiechem szczerym z samej głębi mojego intelektu i uiściłam za szarlottę. Pech chciał, że przechodziłam obok jubilera. Urodziny Karolka uczciłam ofiarowaniem prezentu z metali i kamieni szlachetnych osobie, którą kocham najbardziej na świecie, bo sobie na to zasłużyła. Tak to stałam się posiadaczką dwóch pięknych sztuk biżuterii damskiej, które zamierzam zostawić w spadku swojej córce, żeby myślała, że miała dobrą mamusię.
Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że nabyłam również bukiet róż łososiowych, dwa łososiowe anturia oraz bukiecik konwalii. Teraz idę aranżować ołtarzyk dla tego wielkiego myśliciela i teoretyka wyzysku. Bo wyzysku ja nienawidzę jak święconej wody.
Bez wyzysku i święconej wody życie jest naprawdę piękne, a w każdym razie do zniesienia.
P.S. Ostatnio, czy to z niedostatku hormonów, czy z innych niedostatków wkurw ogarnia mnie jakby częściej i dlatego, w odruchu pokory, nazwałam sama siebie całkiem trafnie wkurwiszonem.

poniedziałek, 4 maja 2009

wyżyna pomieszania*

Konstancin wyjechał i zabrał ze sobą dwa ostatnie rozdziały Doriana Graya. Niby mam to w formie e-booka, niby mam książkę ( tę chyba też zabrał mi Konstancin na wieczne nieoddanie ), ale jednak chodziło o wersję czytaną celem oszczędzania oczu i kręgosłupa szyjnego. W ramach tych oszczędności włączyłam TVP1, a tu „Wizyta starszej pani”. Dürrenmatt niestety wyszedł trochę z mody, a szkoda, bo napisał jednak parę ładnych kawałków, z których kilka zaliczyłam w moich latach intelektualnych, czyli w młodości durnej a chmurnej. I ze zdziwieniem odnotowuję, że rolę Klary Zachanassian gra Krystyna Janda, którą wielbię i podziwiam mocno, tak jak kiedyś mocno mnie irytowała. Pamiętam w tej roli Barbarę Krafftównę, też w Teatrze Telewizji, kiedy jeszcze był w swej znakomitej formie. Dziwne, wydaje mi się na pierwszy rzut oka, że Janda jest za młoda jeszcze do tej roli, a Krafftówna była wtedy w sam raz. A prawdopodobnie obie były w tym samym i równie stosownym wieku. Ech, namioty cyrkowe maleją z wiekiem, a ludzie młodnieją.
Oglądam sztukę mocno nieuważnie, ale adaptacja wydaje mi się bardzo realistyczna i jakaś uwspółcześniona, może za bardzo. Tamtą zapamiętałam jako bardziej groteskową. Ale może to też efekt namiotu cyrkowego.
Wszystko to, co powyżej jest jednak przydługim wstępem prowadzącym mnie do zupełnie innego tematu. Chodzi o Hanię Lis. Hania Lis jest niewątpliwie piękną kobietą, co zauważałam, gdy pojawiała się jeszcze w Teleexpresie. Piękną, lecz o dziwnie zmęczonej twarzy. Piękną, lecz o nadmiernej ekspresji ust. Właśnie o tę ekspresję chodzi. Jeśli pani Hania myśli, że żywa i bogata ekspresja ust czyni z niej dziennikarkę, to raczej się myli. Żywa i nadmierna ekspresja ust czyni z niej tylko rozkapryszoną lektorkę wiadomości. Jeśli pani Hania ma większe ambicje, to niech wystara się o autorski program publicystyczny, niech pisze felietony i pokaże, że robi to lepiej niż MO, co generalnie nie jest trudne dla nikogo. Niech robi cokolwiek, co będzie można uznać za jej własne. Wykorzystując stare koneksje rodzinne Kedajów mogłaby przecież to sobie jakoś załatwić. Ale póki co, pani Hania jest lektorką wiadomości agencyjnych. Jej konflikty z telewizją publiczną są również przejawem rozkapryszenia, które jeśli się zestawi z nieprzyzwoitymi zarobkami tych pseudo gwiazd, pokazują na jaką wyżynę pomieszania wznieśliśmy się w tej jakże wolnej Polsce. Pani Hania chce selekcją informacji, czyli rodzajem autorskiej cenzury oraz grymasem i wydęciem ślicznych usteczek komentować wiadomości i rzeźbić obraz rzeczywistości? A kimże ona jest, do kroćset? Dlaczego mamy wierzyć, że pani Hania wie, jak jest a jak być powinno? Od czego autorytetem jest piękna pani Hania?
Telewizja nie jest ani publiczna, ani kaczyńska, ani żadna inna. A już najmniej Lisów, Kraśków od Wincentego i całego tego feudalnego bractwa, które ją obsiadło na pokolenia jak jakie huby albo i muchy gówno.
Ludzie, właśnie daliśmy się zwariować. Prawda została sprywatyzowana, czy jak?
______________________________
*
„Dolina pomieszania”

zły szeląg

Odpowiadając na liczne zapytania opinii publicznej informuję, że wzmiankowane jezioro Szeląg Mały jest istotnie tym samym Szelągiem Małym, który łączy się z jeziorem Szeląg Wielki kanałem przebiegającym pod nasypem kolejowym. Jezioro to ma złą opinię, jak ten zły szeląg. Według internautów nie ma w nim ryb, za to jest brudna woda. Ja widziałam tam całe ławice małych rybek. Na moje pytanie, co to za rybki Konstancin odpowiedział, że to sielawy, ale ja nie jestem pewna, czy można mu wierzyć w ogóle, a już w jego wiedzę rybacką śródlądową szczególnie. Konstancin zdawał egzamin na kartę wędkarską prawie 50 lat temu i to przez tłumacza. Wyglądało to tak, że poszedł na egzamin z kumplem, który tłumaczył zarówno pytania jak i odpowiedzi. Oczywiście kumpel nie znał języka ojczystego egzaminowanego, a egzaminowany nie znał odpowiedzi i po to właśnie potrzebny był tłumacz. Egzaminator był wniebowzięty, że trafił mu się cudzoziemiec z drugiego obszaru płatniczego, bo wtedy istniały jeszcze takie różne obszary. Co do wody, to nie wiem, jak jest z ich czystością biologiczną, ale kolor wody przywołuje na myśl starannie odcedzoną zupę szczawiową bez śmietany. Bardzo to jest malownicze w zestawieniu z wysokim brzegiem północnym, po którym biegną owe aromatyczne schodki gruntowe o konstrukcji drewnianej dwupoliczkowej ( uwaga-termin techniczny ). Do jeziora wpływa sześć strumieni, dwa z nich widziałam, ale z jakichś powodów nie udokumentowałam.
Ponadto informuję, że nasyp kolejowy wybudowali Niemcy, a nad rzeczonym obszarem krzyżują się korytarze powietrzne awiacji cywilnej, więc niebo okoliczne upstrzone jest smugami kondensacyjnymi, co podkreśla dodatkowo jego dość nudny błękit.

niedziela, 3 maja 2009

piknik w Chanel i życie przeszłością

W sobotę, mniej więcej po jakichś 15 rozdziałach lektor czytający Doriana Graya nie wydawał mi się już tak doskonały, ale może rozczarowanie i przemijające piękno jest immanentnie związane z obcowaniem z Oskarem Wilde.
W każdym razie byliśmy wtedy w podróży do Starych Jabłonek, gdzie z tarasów hotelu Anders można podziwiać leżące w dole jezioro Szeląg Mały.
Zaplanowaliśmy tam piknik sknerusów. Nie dlatego, że się wcześniej strasznie zszastaliśmy, ale dlatego, że Konstancin jest mistrzem kanapkarstwa. Kanapki w jego wykonaniu są cienkie jak naleśnik, ale za to wielowarstwowe, smakowo przebogate, wilgotne, miękkie i pełne niespodzianek. Ponadto są trójkątne i indywidualnie pakowane. Zabraliśmy ze sobą jeszcze piknikową serwetę oraz porcelanowe kubeczki do herbaty z termosu. Nie było tylko kosza piknikowego, jego rolę pełniła tania kopia torebki Chanel 89011, bo ja mam do logo stosunek lekceważący, co lubię zamanifestować od czasu do czasu. Manifestuję to ze szczególną godnością, kiedy nie stać mnie na zapłacenie tych wszystkich kosztów związanych z tworzeniem logo.

Żeby jednak nie wyjść na cieniasów i nie zostać przepędzonymi z tarasów dla bogaczy rozsiedliśmy się tam najpierw dumnie celebrując zamówienie. Celebrę zakończyliśmy na zaordynowaniu soku pomidorowego dla Konstancina ( chyba jest na diecie ) oraz pasztetu miodowego z orzechami dla mnie ( chyba powinnam być na diecie). Pasztet figurował w menu w departamencie „Lody i desery” i była to jakaś maść z mrożonego jogurtu w cienkiej skórce z ciasta jakby strudlowego. Pasztet smakował tak, jak wyglądał. Mogę być na diecie pasztetowo-miodowej cały okrągły rok. Kiedy już się naczytaliśmy i nagrzaliśmy, mogliśmy zejść nad jezioro, do którego prowadziły strome schody ze smołowanego drewna, aromatycznego jak podkłady kolejowe rozgrzane słońcem.

Na niewielkim pomościku pośród suchych jeszcze trzcin spotyka się co godzinę pana Zbyszka. Pan Zbyszek jest niezwykle elokwentnym i dowcipnym gondolierem mazurskim, posiadaczem malutkiej żaglóweczki z motorkiem. Motorek jest tu kluczowy, bo stanowi hasło odnawiające naszą dawną znajomość z panem Zbyszkiem, sprzed lat trzech. Trzy lata temu Konstancin zabrał mnie nawet na godzinną, romantyczną przepływkę po jeziorze Szeląg Mały do jeziora Szeląg Wielki za całe 50 zetów. W tym roku pan Zbyszek pobiera 70 złotych, co daje nam inflację średnioroczną w wysokości 13,3%. Pan Zbyszek lepiej zna się na ekonomii niż GUS, czy facet bez NIPu i PESELu.

Identyfikacja poprzez motorek przebiega tak. Konstancin pyta pana Zbyszka o motorek, bo rozpoznaje, że jest produkcji słoweńskiej firmy Tomos. Pan Zbyszek stwierdza, że mało kto zna te silniczki i wtedy zauważa akcent oraz niezwykłą urodę Konstancina, a następnie zgaduje, że on jest chyba stamtąd. Konstancin przez grzeczność nie zaprzecza i wtedy pan Zbyszek przypomina sobie, że miał już z nami okoliczność. Po identyfikacji zaczyna się wymiana informacji o ostatnich podróżach, ostatnich wakacjach oraz lawina ostatnich dowcipów. Bo pan Zbyszek jest utalentowanym gawędziarzem, ale także przewodnikiem, mających do przekazania mnóstwo nieprzydatnych informacji o historii okolicy. Jak choćby ta, że w starej części hotelu Anders, zwanej pałacem, był kiedyś jacht klub, a w nim bawił Goebels. Tym razem pan Zbyszek miał towarzyszkę, zwaną praktykantką, panią Marzenę. Pani Marzena coś notowała i stale pytała pana Zbyszka o szczegóły. Ostatnie pytanie, które zapamiętałam dotyczyło Hindenburga. Potem ja coś palnęłam o mężczyznach i Marzenka się bardzo zainteresowała. Mając więc świeżo w pamięci perełki z Doriana Graya zrobiłam Marzence błyskotliwy wykład o tym, na jakie walory należy stawiać u mężczyzny, co Marzenka również zanotowała oraz zaczęła zadawać dodatkowe pytania. W końcu zauważyła, że uroda u mężczyzn jakoś przemija z wiekiem. No cóż, odpowiedziałam jej, trudno. Jeżeli nie możemy zmienić mężczyzny na młodszego należy mieć dobrą pamięć i żyć przeszłością. Ja mam to opanowane do perfekcji.
Ale i tak wyszliśmy na cieniasy, bo Konstancin tym razem zafundował mi tylko drzemkę na twardej ławeczce. Nic jednak nie jest w doświadczeniu życiowym zupełnie bez wartości, bo dzięki temu wiem już, że w ciepłym klimacie mieszkania i meble są luksusem zbędnym albo wręcz burżuazyjnym przesądem.

A piękność Warmii oraz Mazur trwa niewzruszenie, o czym przekonaliśmy się dziś w Ostródzie, do której jakoś nigdy w ciągu tych 23 lat nie zawitaliśmy wcześniej. Ale o tym innym razem. Jesteśmy przy 42 rozdziale Doriana Graya i trzeba słuchać z uwagą.